czwartek, 10 września 2015

Section 4




Siedziałem na parapecie patrząc w rozgwieżdżone niebo. Zamknąłem oczy i starałem się nie rozpłakać, gdy usłyszałem jak Joseph robi z chłopakami próby. Może ma rację? Może powinienem się poddać? Może to nie dla mnie?
Westchnąłem, po czym wstałem z łóżka i skierowałem się w stronę łóżka. Wszedłem pod kołdrę, i zamknąłem oczy. Już prawie zasypiałem, gdy usłyszałem wrzask Josepha. Zamknąłem oczy...Wiedziałem, co będzie później. Zakryłem usta poduszka, ale i tak usłyszałem donośny płacz Marlona. Sam nawet nie wiem, kiedy i ja zacząłem płakać. Z bezsilności... Ze nie umiem się Josephowi postanowić i powiedzieć by dał im i mi spokój. Gdy na niego patrzę...Jest mi niedobrze.
Stoisz przed nim, a on patrzy na ciebie z powagą,  trzymając pas w ręku...
Wzdrygnąłem się się chowając pod kołdrę, gdy usłyszałem kroki. Wyjrzałem za kołdry i zobaczyłem mamę.
- Nie umiesz spać, co?- Zagadnęła siadając na łóżku.
- Coś a raczej ktoś mi to uniemożliwia- oświadczyłem. Usiadłem po turecku- On to robi specjalnie.
- Michael.
- Wie, ze kocham muzykę.
- Jesteś jeszcze taki maleńki.- Pogłaskała mnie po policzku- Nie chce byś dorastał.
- Mamo...Dla ciebie zawszę będę małym synkiem.
- Zgodzę się- uśmiechnęła się- Co kolwiek się stanie będziesz mógł na mnie liczyć.
- A na Joe'go? Czy on w ogóle mnie kocha?
- Michael..
- Odpowiedź...Kocha mnie?
- Kocha.
- To, dlaczego nie chce bym był szczęśliwy? Chce być kimś. Nie chce się poddawać. Chce pokazać tym wszystkim niedowiarka z podwórka, ze Michael Jackson umie osiągnąć sukces...Chce pokazać Josephowi... Ze jestem kimś...Chce by był ze mnie dumny- wyszeptałem spuszczając głowę.
- Michael...
- Tak strasznie chciałbym od niego usłyszeć' Kocham cie synku' albo ' Jestem z ciebie taki dumny'- wytarłem dłonią łzy z policzków- Nie będę się mazał. Faceci nie płaczą.
- Każdy ma prawo popłakać.
- każdy?- Pokiwała głową.- Dlaczego Joe tak mnie traktuje?
- sam nie miał łatwo i nie jest mu łatwo mówić to, co czuje.
- Ja go kocham- oświadczyłem załamującym się głosem- Kocham go...Chociaż nienawidzę za to, ze mnie bije i mnie upokarza...Kocham go, ale nie znam...
- Synku...
- Pójdę już spać- oświadczyłem odwracając się w stronę ściany. Usłyszałem jak mama wzdycha.
- Śpij dobrze...Kocham cię.

- ja ciebie też- szepnąłem wtulając się w poduszkę.

NASTĘPNEGO DNIA:
Siedziałem z  chłopakami, w ogródku. Ja siedziałem załamany na schodach a oni debatowali o tym jak zaczną być sławni...Ile fanek będą mieć. Przewróciłem oczami. Im chodziło tylko o to by uwodzić fanki...Co to ma być? Oni są...Tak jakby jeszcze dziećmi. Może się nie znam, bo mam sześć lat, ale...Chyba...Z resztą.
- Michael, dlaczego milczysz?- Spytał Jermaine.
- A co mam mówić... Słucham, co wy gadacie- chłopacy uśmiechnęli się smutno.
- Zobaczysz kiedyś..
- Skończcie ten temat proszę- powiedziałem smutno. Usłyszałem kroki za sobą. Odwróciłem głowę i zobaczyłem Josepha.
-Emm..- Ugryzłem się w język.
- O czym gadacie- zwrócił się do chłopaków, ignorując mnie. Szczerze...W tej chwili chciałem dać mu w łeb.
- Halo ja też tu jestem!- Zerwałem się z miejsca i podszedłem do nich.
- Widzę.
- A zachowujesz się jakbyś nie widział.
- Nie pyskuj.
- Bo znowu dasz mi taką lekcję, ze się nie podniosę? Proszę bardzo i wiesz, co ci powiem? Mam gdzieś tą sławę...Chce wreszcie...Wiesz, czego bym chciał.
- Nie mam czasu- wyminął mnie.
- Kochającego ojca! Który były ze mnie dumny i czasem pograł w piłkę nożną.
- Michael- upomniał mnie Jermaine.
- Dlaczego mnie nie kochasz? Co ja ci takiego zrobiłem, ze nie umiesz...
- ze nie umiem, co?- Popatrzył na mnie wkurzonym wzrokiem. Przełknąłem ślinę i poczułem jak nogi się pode mną uginają.- Nie nic...Nic..- Dodałem. Joseph mruknął coś pod nosem i wrócił do domu. Popatrzyłem na chłopaków, stłumiłem w sobie płacz, po czym wybiegłem z naszej posesji.
- A ty, dokąd?- Zapytał Jermaine idąc za mną.
- Muszę pomyśleć.
- Nie oddalaj się.
- Wiem- mruknąłem pod nosem kierując się w stronę parku.

Siedziałem na karuzeli patrząc na swoje buty. Nie płakałem. Nie widziałem powodu by znów płakać z jego powodu. On nigdy się nie zmieni. Nigdy nie będę dla niego synem...Chociaż z drugiej strony powinienem go słuchać...Ciężko pracuje byśmy mogli wyżyć. Westchnąłem, po czym wstałem i chciałem iść w drogę powrotną, gdy usłyszałem głos mamy.
- Michael, co tu robisz?- Odwróciłem się, po czym podbiegłem do niej i się wtuliłem.
- Powiedziałem coś złego Josephowi i teraz tego żałuje...Chce go przeprosić, ale boje się, że mi nie wybaczy.
- Chodź...A gdzie chłopacy?
- Nawijają jak to fajnie będzie być sławnym...- Posmutniałem,
- Pogadamy z nim na ten temat.
- Jego odpowiedź ' NIE' on cały czas to powtarza-szepnąłem- Chyba będzie lepiej...
- Chyba nie chcesz zrezygnować? Kto ostatnio mi mówił, ze będzie walczył do końca?
- No ja.
- No ty- poczochrała mnie po włosach, na co się zaśmiałem.- Chodźmy.

Wraz z mamą wszedłem nieśmiało do środka. Rozglądałem się za Josephem. Wiedziałem, że będzie zły, ze nawiałem.'
Zapowiadają się siniaki'
Usłyszałem jego głos z kuchni. Weszliśmy tam z mamą.
- Gdzieś ty się podziewał?- Warknął.
- Przepraszam...Za ucieczkę i za to, co powiedziałem..Nie chciałem- spuściłem głowę.
- Michael- popatrzył na niego- Nie uciekaj więcej.
- Dobrze...Przepraszam...Idę do chłopaków.
***
Kilka dni później, nie byłem już taki załamany z powodu, ze nie będę występował. Cieszyłem się wraz z moimi braćmi. Wiedziałem, ze im się uda. Są świetni w tym, co robią. I jestem dumny, ze jestem ich bratem.
- Michael- do salonu wszedł Joseph.
- tak?- Spytałem niepewnie, ‘ co znowu przeskrobałem?'
- Mogę cię na słówko- przełknąłem nerwowo ślinę, po czym udałem się z nim w stronę kuchni- Katherine ciągle mi mówi, żebym ciebie przesłuchał.
- - Tak wiem mam zapomnieć.
- Na dzisiejszej próbie pokażesz, co potrafisz- popatrzyłem na niego jak na kosmitę.
- na serio?- Pokiwał głową- Serio, serio?

- Serio, serio?
-, Ale na prawdę?
- Przestań zadawać takie głupie pytania, bo zmienię zadnie.
- Przepraszam...Będę grzeczny to ja wracam..- Z uśmiechem an ustach skierowałem się w stronę salonu. Przechodząc przez prób zacząłem skakać, i krzyczeć ' tak. Udało się!'
- A tobie, co?- Spytał Tito.
- Joseph postanowił mnie przesłuchać.
- No wreszcie braciszku wchodzisz do zespołu.
- To się okaże.
- To jest pewne...Nikt nie śpiewa jak ty- wtrącił wesoło Jermaine.
Nagle chłopaki spoważnieli. Odwróciłem się i zobaczyłem w progu Josepha. Pierwszy raz uśmiechnąłem się do niego szczerze i wyszeptałem ' Dziękuje' Przez jego twarz przemknął cień uśmiechu, po czym poszedł.

' Może nie jest taki zły?'

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz