czwartek, 10 września 2015

Prolog:




Wszystko zaczęło się tak....




Rok 1958.
29 sierpnia.
Godzina 23: 40.
Ból był do niezniesienia. Młoda kobieta błagała w myślach, żeby to się już skończyło. Czuła się tak jakby jej brzuch miał zaraz eksplodować. Ścisnęła mocno rękę na materacu. Jeszcze chwila. Powtarzała w myślach. Zacisnęła powieki, chciało jej się płakać z bólu, a nawet na język cisnęło się kilka nieprzyjemnych słów. Już chciała powiedzieć coś niemiłego, gdy.. Cały ból znikł. Pozostało uczucie pustki. Oddetchnęła głęboko, starając się uspokoić oddech. Wtedy to wreszcie usłyszała odgłos, na który czekała. Płacz małego dziecka. Jej dziecka. Otworzyła oczy i spojrzała na uśmiechniętą pielęgniarkę.
- Urodziła pani pięknego, zdrowego chłopczyka- powiedziała wesoło. Owinięty w niebieski kocyk, leżał mały aniołek. Dar Boga, który teraz płakał w wniebogłosy.
- Mo..Mogę.. G...go?- Ledwo dała radę wykrztusić.
- Jest pani zmęczona.
- Proszę- pielęgniarka spojrzała na lekarza. Skinął głową. Powoli i ostrożnie podała maleństwo jego mamie.
Wreście spełniło się jej marzenie. Wreszcie ma go na rękach. Po długich 9 miesiącach. Cudownie się czuła. Znów mały skarb leżał w jej ramionach. 
- Cześć maleńki- uśmiechnęła się czule- To ja twoja mama- chłopiec uspokoił się- Kocham cię- pocałowała jego czółko.
Wtem stało się to, na co czekała. Małe powieczki drgnęły a po chwili spojrzała na nią para czekoladowych oczu. Teraz była pewna jednego. Opłacało się znieść ten ból by mieć go teraz na rękach.

NASTĘPNY DZIEŃ:

Słońce wpadało przez firanki do pomieszczenia. Dało się usłyszeć głośny płacz małych dzieci. Tylko jeden aniołek leżał spokojnie w ramionach swojej mamy. Nawet płacz dzieci nie był go w stanie obudzić.
- Jest cudowny- odparł kobiecy głos. Należał do Megan, przyjaciółki mamy tego chłopczyka. Katherine uśmiechnęła się szeroko.
- Mój maleńki książę- zaśmiała się.
Mały jak na zawołanie ziewnął, po czym pomrugał. Otworzył zaspane oczka, najwyraźniej zaciekawiony otaczającym go światem.
- Udał się wam. Jest taki słodki- oświadczyła Megan, głaszcząc małego po główce- Macie dla niego imię?
- Z Josephem myśleliśmy nad Brandon. Ale nie pasuje do niego..
- To może Rob- Katherine skrzywiła się- Ron- pokręciła głową- Bob.
- Nie, to nie to.
Chłopca nagle bardzo zainteresowała rozmowa. Pomieszczenie, które przed chwilą oglądał straciło znaczenie. Były tylko kobiety rozmawiające właśnie o nim. Spojrzał na panią Megan, a kąciki jego ust drgnęły, wyglądało to tak jakby chciał się uśmiechnąć. Olśniło ją.
- A co powiesz na Michael?
Para czekoladowych oczu spojrzała na nią, a mała rączka zacisnęła się na jej palcu. Wyglądało to tak jakby ją prosiłby się zgodziła.  Mamo proszę zgódź się.
- To jest to- wyszeptała Katherine.
To mu wystarczyło. Powrócił do krainy snów, bezpiecznie leżąc w ramionach swojej mamy.
- Mój mały Michael Joseph Jackson.


Katherine jednak nie wiedziała jednego.. Nigdy by nie przypuszczała, ze to małe maleństwo w jej ramionach w przyszłości odmienni świat...


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz