środa, 27 stycznia 2016

Section 8



Uwielbiam tą piosenkę! XD

Dzień występu w TV zbliżał się ogromnymi krokami. W naszym domu nie mówiło się o niczym innym. Wiedziałem, ze to będzie krok naprzód dla naszej kariery.

Trenowaliśmy bardzo ciężko, chcieliśmy pokazać wszystkim, na co stać Jacksonów. Że nie jesteśmy byle, kim.

Czasem robiliśmy sobie chwilę przerwy i graliśmy chwile w kosza, czy skakaliśmy przez skakankę, ale to tyle.
W szkole natomiast dużo rozmawiałem z Chrisem i Fredem, gdyż Ginny zrobiła się wielce obrażona i udaje zawziętą feministkę. No może to przez Chrisa, który nazwał ją sztywniarą?
Ok, Ginny jest miła, ale za poważna. Ciągle gada coś o matmie. Nie jest taka jak Michelle a raczej Mia, gdyż każe tak do siebie mówić.
Ona, całkowitym przeciwieństwem Ginny. Ma swój charakterek, i we wszystkim nie przytakuje. To właśnie w niej mi się podoba, że zawsze mogę liczyć na szczerą opinię, a nie na słowa, na kłamstwo, które ktoś mi powie by mnie ' nie obrazić'
Czasem jest za wredna, ale szczera.
Ostatnim razem, gdy wracałem z nią pod dom jej kuzyna, ( który za pewne by mnie sprał, za to, ze
Mój brat ukradł mu dziewczynę), ale na szczęście go nie było, ale, do czego zmierzam.
Michelle Mia Diana Farewell potrafi być miła, zabawna, urocza a nawet nieśmiała. Dogaduje coś, ale taka już jest. Chce być twarda, nie wiem, co ją skłoniło do tego, jaka jest, ale widocznie miała jakiś powód.
Nie często słyszy się od niej komplementy, i gdy w końcu się go usłyszy, czuje się dumę. Nie wiem, czemu tak jest. Tak samo mam przy Joseph'ie. Strasznie chce usłyszeć od niego pochwałę, ale chyba nigdy nie powie ' Jestem z ciebie bardzo dumny'

Ale wracając do tej złośnicy, która nazywa mnie prosiaczkiem. Nie wiem, czemu, nie rozumiem jej toku myślenia.
Ale, o co mi chodzi, początkowe zafascynowanie minęło. Owszem jej ładna. Ma niezwykłe błękitne oczy, i ładny uśmiech, ale po za tym nic ciekawego nie widzę.
 Jak to powiedział Chris
' Jest płaska jak deska do pracowania'
Gdy opowiedziałem o tym mamie, chciała trzepnąć mnie szmatką w tyłek. Za to, jak patrzymy na dziewczyny, ale, na co innego można patrzeć?

Wracałem po szkole, kierując się w stronę domu. Obiecałem Josephowi, ze się dziś nie spóźnię, jednak, gdy zobaczyłem tą blond mądrale, nie umiałem się oprzeć i ruszyłem w jej kierunku.
Wiem, że ojciec da mi lanie za spóźnienie, albo ona da mi pięknego liścia w policzek, ale widocznie brakuje mi piątej klepki, że tak mnie ciągnie do tej dziewuchy.
- Cześć- popatrzyła na mnie i przewróciła oczami.
- Odejdź, a okaże się łaskawa-mruknęła patrząc zafascynowana, na swoje białe trampki.
- Dlaczego nie nosisz sukienek?
Nie wiem, dlaczego z tym wystrzeliłem, ale sam miałem ochotę teraz sobie przywalić. Zamiast spytać się jak czy dobrze się czuje, albo coś w tym stylu ja wypalam z sukienkami.
' Kretynisko'
Popatrzyła na mnie, piorunując wzrokiem.
- A dlaczego jesteś taki...- Urwała, widząc jak otwieram usta.
- Słodki?
- Głupi! Odwal się ode mnie prosiaku!- Wstała, wyminęła mnie, po czym ruszyła w stronę swojego domu .
- Nie.
- Irytujący gadzie, spadaj- dopiero teraz zorientowałem się, ze jedzie na swojej ukochanej desce.- Idź do idealnych bab!
- Co was wszystkie ugryzło?
- A co jeszcze ktoś cie nie lubi?- Uśmiechnęła się wrednie.
- Mnie wszyscy lubią.
- Ja nie.
- Co się stało z miłą Mią?
- Jestem miła, dla ludzi, których lubię. Ty się nie zaliczasz.
- Co cię ugryzło?
- Cytuje...' Dziewczyna musi mieć długie nogi, ładne kształty, i niezłe- urwała rumieniąc się. Spuściłem głowę. Ok, słyszała moją rozmowę z Chrisem.- Młodzi erotomani. Jeszcze te twoje porównanie do bułeczek!
- To było głupie.
- Ty to powiedziałeś.
- To było delikatne zdrobnienie ok?
- Wstydu nie macie. Dziś bułeczki, a potem, co pomarańcze?!-Mruknęła zirytowana- Wam tylko jedno w głowie, ale że w takim wieku?
- Widziałem nie takie rzeczy?
Zatrzymała się i popatrzyła na mnie z niedowierzaniem. Żałuje, ze nie mam gęby na kłódkę.
- Ok, nie wtrącam się w to, co lubisz oglądać.
- To nie tak.
- Nie musisz mi się spowiadać. Z resztą nie chce tego słyszeć. Po prostu odwal się młodociany napaleńcu.
- Nie jestem napaleńcem!
- No tak, ty nawet całować się nie umiesz.
- Umiem!- Popatrzyła na mnie jak na kretyna.
- Całowałeś się kiedyś?
- Tak!
Świetnie, kłam dalej.
- Mamusia się nie liczy- zrobiłem obrażoną minę- Ani poduszka.
- A ty mądralo?
- Nie, ale ja nie kłamie- uśmiechnęła się.
- Ja nie kłamie.
- Idioto, idź do swojej tępej grupy społecznej, albo przejadę cię deską.
- Całowałem się.
' Ta chyba z poduszką'
- To, co wtedy czujesz?
- No...Wtedy...
- NO dalej...Z kim się całowałeś?- Zarumieniłem się.
- Z taką jedną.
- Jaką?
- A ciebie, co to interesuje?
- No dalej, jak trzeba się całować?- Rozejrzałem się. Zauważyłem zakochaną parę, tulili się, po czym zaczęli się całować.
- No, nie wiem jak ci to wytłumaczyć...Nie można robić nic na siłę, chłopak nie może zmuszać dziewczyny, em...być bardzo delikatnym...I ten najlepiej zamknąć oczy, wtedy jest najlepiej.
- Daje ci dwa plus. Nie zawsze dziewczyna i chłopacy całują się delikatnie.
- Np.?
- Jakby się całowali delikatnie...
- Nie było by dzieci- dokończyłem.
- Co za obeznany pan z ciebie- uśmiechnęła się. - Tam jest Ginny- odwróciłem głowę w tamtym kierunku- Idź do niej i ją pocałuj.
- To moja koleżanka.
- Tchórzysz- przysunęła się do mnie, patrząc w oczy. Przełknąłem ślinę.
' Dlaczego jej słucham?'
- Przyjmuje wyzwanie.
Stłumiła chichot.
- Kupie ci lód, na dużego guza- puściła mi oczko. Zmarszczyłem brwi, przyglądając się jej z uwagą, odgarnęła kosmyk włosów z twarzy, po czym uśmiechnęła się chytrze siadając na swojej desce.
' Tylko nie panikuj'
Westchnąłem, po czym ruszyłem w stronę ławki, na której siedziała moja dość dobra przyjaciółka. Wiem, ze wyjdę na kretyna. Ja w ogóle nie wiem jak się całować, ale nie umiałem jej powiedzieć nie.
Ze wstydu czy może ze strachu, ze mnie oleje i już więcej się do mnie nie odezwie?
Obejrzałem się za siebie, patrząc na pękającą ze śmiechu Mię.
- No dalej. Bez obaw. Jesteś przecież mistrzem- ostatnie słowo wypowiedziała chichocząc.- Albo możesz się przyznać i skończymy te gierki.
Przełknąłem ślinę.- No dalej. Powiedź prawdę.
- Ja..- Spojrzałem na Ginny.
- Tchórzysz- wybuchła śmiechem- Jak tak dalej pójdzie długo, ale to długo nie będziesz się całował.
- Nigdy nie stchórzę.
Wzruszyła ramionami.
- To idź.
Mia:
Doskonale wiedziałam, ze Michael ściemnia na całej linii. Chciałam się jednak przekonać czy woli udawać kogoś, kim nie jest czy chce być po prostu sobą.
Widząc jak podchodzi do Ginny zawiodłam się. Miałam nadzieję, ze ma trochę oleju w głowie. Że nie wyrośnie na takiego gościa jak mój kuzyn. Tego bym dla niego nie chciała.
Prowokowałam go specjalnie. A on tak łatwo uległ tej prowokacji i teraz szedł po niezłego plaskacza.
Przestałam się uśmiechać.
Czy tak będzie juz zawsze? Chłopcy będą między sobą rywalizować i pokazywać, jakimi są panami świata?
Westchnęłam i odwróciłam głowę nie chcąc patrzeć na to jak Ginny przywali temu kretynowi w policzek.
- Chwila moment- podniosłam głowę i zobaczyłam jak się zawraca. Uśmiechnęłam się- Nie muszę słuchać tego, co wygadujesz. I wcale nie muszę jej całować.

A więc ma trochę rozumu.

Wzruszyłam ramionami i wstałam:
- Tak szczerze to chciałam cie tylko sprawdzić.
- Czyli to był test?
- Oczywiście. A co myślałeś?- Zrobił obrażoną minę i ruszył w przeciwnym kierunku. Westchnęłam i pobiegłam za nim.- Chciałam zobaczyć, czy będziesz udawał kogoś, kim nie jesteś.
- Nie całowałem się. Lepiej.
- Tak- spojrzał na mnie zaskoczony.- Dziwie bym się czuła, wiedząc, ze, pomimo iż jesteśmy w jednakowym wieku ja jestem niedoświadczona. I jestem z ciebie..- Urwałam, spuszczając głowę- No nic wracasz na próbę.
- Dokończ, śmiało- uśmiechnął się triumfalnie- Jesteś ze mnie dumna.
- Nie wiem, o czym mówisz. Nie dałeś mi powodów do dumy a raczej załamania się. Chociaż dzięki tobie moja nadzieja dla facetów się trochę zwiększyła.
- Dawno temu powinnaś uwierzyć w facetów. Gdyby nie my wielu sprawach byście sobie nie poradzili.
- Uwarzysz, ze faceci są lepsi od kobiet? To czysty seksizm! I kretyństwo.
- Mówię fakty.
- Jaki pewniaczek. Jestem ciekawa jak byś sobie poradził bez swojej mamy mądralo.
- Było by ciężko- odparł z uśmiechem.
- No, więc właśnie.
- Może wpadniesz do nas na próbę?
- Nie wiem. Mój kuzyn nie byłby zadowolony.
- Nie dowie się. No proszę- złapał mnie za rękę i zrobił psie oczka- Zaśpiewam coś specjalnie dla ciebie.

Spuściłam zarumieniona głowę, ukrywając się za kurtyną blond włosów.
- Lepiej wracaj. Twój tato się zdenerwuje.
Widać było, że jest zawiedziony.- Odprowadzę cię do domu młody piosenkarzu.
- No dobrze...Michelle...To znaczy Mia gdzie ty tak właściwie mieszkasz?
- Moi rodzice mieszkają w Los Angeles, ale przebywam u cioci.
- Dlaczego? Nie lubisz swoich rodziców?
- Są strasznie zapracowani. Tato pracuje w studiu nagraniowym a mama jest nauczycielką baletu.
- To nieźle. A ty lubisz tańczyć?
-Trochę. A ty? - Zamknęłam oczy- Pytam się jak głupia. Oczywiście, że potrafisz. A więc wystąpicie w telewizji? Na żywo?
- Tak.
- To, po co wam próby?
- By być lepszymi- roześmiał się- To chyba oczywiste.
- Juz jesteście bardzo dobrzy. Całe gary nawija tylko o was. 
Zarumienił się.
- Tak? A co mówią?
- Ze jesteście rodziną, która wyznaczy nowe dekady muzyczne...I tak dalej.
Widać było, że go to ucieszyło. Spojrzał na mnie.
- A ty masz ulubioną gwiazdę?
- Diana Ross. Uwielbiam ją!- Wykrzyknęłam.- A jeśli chodzi o aktorkę to Elizabeth Taylor.
- Elizabeth...
- Taylor- dokończyłam- Pokaże ci kiedyś z nią filmy.
- Nie znam- pokręcił głową- Jakaś fajna aktorka?
- Cudowna. Pokochasz ja! No chyba- zaśmiałam się. - Boże ja się śmieje. Nie mogę z tobą przebywać.
- A czemuż to?
- Bo- zatrzymałam się szukając jakieś wymówki.
- Nie szukaj wymówek Farewell. A wracając na poprzedni tor. Ta Eliza.
- Elizabeth! Nie myl jej idioto!- Warknęłam tupiąc nogą.
- Czemu ją tak uwielbiasz?
- Bo jest niezwykła? Potrafi obudzić w człowieku takie emocje, ze szok. Do tego grała w naprawdę świetnych filmach.
- Jesteś bardzo dojrzała jak na swój wiek- zauważył.- Wolisz filmy dla bardziej dojrzałych osób od kreskówek.
- Co za brednie gadasz? Uwielbiam kreskówki i bajki. Ale Liz ona jest moją idolką. Tak samo jak Diana Ross, albo The Beatles. To coś.
- Czuje się przy tobie jak jakieś niedorozwinięte dziecko. Weź zachowuj się trochę jak dziecko- dał mi sójkę w bok.
Wzruszyłam ramionami.
- Jak miałam pięć lat uciekłam z moim kuzynem z domu- popatrzył na mnie zaskoczony- Urodził się mój braciszek. Tylko on się liczył. Szkoda gadać.
- Przykro mi.
- Jak myślisz oberwiesz za spóźnienie?- Zmieniłam temat. Skrzywił się.
- Raczej tak.
- A jak wystąpicie juz w telewizji to, co dalej?- Wzruszył ramionami.- Żadne wytwórnie płytowe się nie odzywają?- Pokręcił głową- Jak chcesz mogę pogadać z tatą.
- Nie. Na prawdę, nie przyjaźnię się z tobą dla zysków, no może z chęci usłyszenia, ze jestem naprawdę niezły- pokręciłam głową i się zatrzymałam.- Dalej pójdę sam- dodał smutno.
- Miłej próby a i szczęścia.
- Oj przyda się. To ja uciekam.
- Miłego treningu- odwróciłam się, po czym ruszyłam w kierunku parku. Nie powinnam się tak oddalać. Miałam tam czekać na kuzyna, ale coś kazało mi iść z Michaelem.
Uśmiechnęłam się.
' Może kiedyś się zaprzyjaźnimy?'
' Jeśli tak to będzie musiał nasłuchać się o Elizabeth'
Uśmiechnęłam się do siebie, po czym weszłam na deskę i odpechnęłam się jadąc w kierunku domu mojej cioci.
Michael:
Wpadłem do domu zdyszany, z nadzieją, ze jeszcze nie zastałem Josepha.
Rzuciłem plecak na bok i pognałem do salonu. Jednak już w progu ktoś na mnie czekał.
Zatrzymałem się i przełknąłem ślinę.
- Joseph ja- za jąkałem się.
- Czy ty rozumiesz, co to znaczy nie spóźniać się?- Warknął, po czym złapał mnie za koszulkę. 
- Przepraszam.
- Nauczę cię punktualności.

Heyo!
Dodaję kolejny rozdział z tego opowiadania.
Rozdziały będą pojawiać się częściej w lutym, ale już dziś chciałam coś wrzucić z tego opowiadania.
Pomału zbliżamy się do ważnego momentu, który odmieni życie naszego Michaela.
Chce jak najszybciej skończyć pierwszą część by bo już zaczęłam pisać rozdziały do drugiej części. I będę tam robić częściej oczami Mii, która nie za bardzo będzie rozumieć zachowania Michaela, oraz ich trybu życia.
A o Josephie nie wspomnę.
Kiedy dokładnie pojawi się kolejny rozdział?
Planuje dodać coś pierwszego lutego. No chyba, ze dam rade wcześniej.
Przepraszam za błędy
Pozdrawiam.


niedziela, 29 listopada 2015

Section 7



Patrzyłem na Josepha z niedowierzaniem. Ja Michael Joseph Jackson, urodzony dwudziestego dziewiątego sierpnia Gary w Stanie Indiana, mam wystąpić na żywo w telewizji?
' A gdzie jest haczyk?'
Popatrzyłem na Jermaine'a. Pierwszy raz widziałem go w takim stanie. Mój brat wyglądał jakby miał zejść na zawał.
- Mam zawał- szepnąłem, na co Marlon zachichotał.- Ty żartujesz?
- Nie, wystąpicie w telewizji- powiedział wesoło. Do oczu napłynęły mi łzy. Opłacało się spędzać tyle godzin na próbach, wreszcie moje marzenie się spełni!
- Tak, wystąpimy w telewizji!- Wykrzyknąłem rzucając się Jermaine'owi na szyję. Okręcił mnie w koło.

- Będziemy w TV!

Wrzeszczeliśmy, śmialiśmy się, płakaliśmy. Nawet Joseph sie uśmiechał. Byliśmy podekscytowani, wszystko jak na razie idzie ok, i najprawdopodobniej będziemy sławni.

Nasze humorki, uspokoiły się po godzinie. Leżeliśmy na podłodze w salonie śpiewając przeróżne piosenki i szczerząc się.
Nie dowierzałem, udało się.
- Zaraz wracam- rzuciłem, po czym wstałem i udałem się do mamy, która siedziała w kuchni. Była przygnębiona, zmartwiło mnie to.
' Nie cieszy się?'
Usiadłem na stołku obok, popatrzyła na mnie i uśmiechnęła się.
- udało wam się.
- Nie jesteś z nas dumna?
- Oh nie, nie o to chodzi- zaprzeczyła kręcąc głową- Po prostu to ciężka praca, do tego ty jesteś taki maleńki- ukryła twarz w dłoniach.
- Mamo, damy radę. Jesteśmy Jacksonami! A oni nigdy się nie podają- zaśmiała się. Zsunąłem się z krzesła, po czym usiadłem jej na kolanach- Nie martw się. Wszystko będzie ok, tak?
- Tak- nie była to zbyt przekonująca odpowiedź.- Cieszę się, wasze marzenia się spełniają.
- Ale się zamartwiasz.

- Bo jesteście moimi dziećmi. Nie wiem, jaki jest świat Show Biznesu.
- Cudowny! Poznam Dianę Ross, albo Jamesa Browna- powietrze ze mnie wyszło, jak z piłki, patrzyłem się na mamę, która się uśmiechała.- Poznam pana Dynamita! Czy to nie cudowna?
- Cudowne, i to bardzo- potarmosiła mnie po nosie.
***
- Żartujesz z nas prawda? Nie wierze, że wystąpicie w telewizji- rzucił wesoło Fred, gdy następnego dnia oświadczyłem mu to na jednej z przerw.
- Nie to prawda, sam w to niedowierzam a jednak! Mówiłem, wam, ze do czegoś dojdę.
- To było tylko kwestią czasu- mruknęła Ginny siadając obok mnie.- A gdzie to dokładnie jest?
- W Nowym Jorku- uśmiech wpełzł mi na usta.
- A kiedy tam jedziecie?
- Nie wiem, na razie mamy jeszcze dwa konkursy talentów- wzruszyłem ramionami.- Cześć Sue!- Wykrzyknąłem widząc moją starszą przyjaciółkę. Uśmiechnęła się, po czym podeszła do mnie.
- Jackie i Tito już się pochwalili- zaśmiałem się.- To prawda?
- No.
- Jaki ty zdolny jesteś.
- A co myślałaś?- Prysnąłem pod nosem, po czym zachichotałem- Sam w to niedowierzam.
- Staniesz się gwiazdą.
- wspomnę o was.
- Tak, będę twoim managerem- dorzucił Chris.
- Ta...Złóż podanie, rozważę to w najbliższych piędzesięciu latach- wszyscy nie licząc Chrisa wybuchli śmiechem.- No dobra w ciągu dwudziestu latach.
- Zawsze jakaś nadzieja- wzruszył ramionami.
- Michael- odwróciłem głowę, podbiegł do mnie Marlon, złapał za rękaw i odciągnął od znajomych.
- Co robisz?- Zapytałem patrząc na Chris'a i Freda. Wzruszyli ramionami.
- Jackiego.
- Czyli?
- Chcesz pośmiać się z podrywu roku?
***
Siedziałem z Marlonem za ławką nabijając się z Jackiego, który podrywał jakąś laskę, na to, ze będzie sławny. Szczerze, może to mój brat, ale podryw ma słaby. Tyle, że był też drugi minus, ta laska była dziewczyną jakiegoś tam chłopaka, który jest zapatrzony w siebie.
' Skończy się to guzem'
- Adam da mu w pysk, o ile ona mu nie da- mruknął Marlon.
- Adam może da, ale ona nie. Poleci na TV, mowie ci...Dziewczyny to lubią.
- Skąd to wiesz?
- Jermaine- odpowiedzieliśmy równocześnie.
- Co ja?- Złapałem się za serce odskakując, za nami pojawił się Jermaine z uśmiechem. Pociągnęliśmy go za rękaw, zniżył się za ławką.
- Dziewczyny lubią jak faceci są sławni?- Zapytał Marlon.
- Oczywiście, jak mają kasę również. To kobiety- przewróciłem oczami.
- A co ty ekspert?
- A żebyś wiedział Mike...Co ja tu widzę, Jackie zgrywa Macho, do dziewczyny Adama. Skończy to się guzem...Od ilu tak się zabawia.
- Od dwudziestu minut- zachichotał.
- Co wy na to, żeby zrobić mu mały kawał?
- Jaki? Nie mam pomysłu, z resztą zleje nas za to.
- Ale było by śmiesznie.
- Wystarczająco śmiesznie jest patrzeć na niego. Nadałby się na clowna- odparł Marlon, Zaśmiałem się, jednak uśmiech znikł mi z ust, gdy zobaczyłem jak w naszą stronę podąża Adam.
- Szykują się kłopoty.
- Ty Johnson! Odpieprz się od mojej laski.
- Wkraczamy.
- Cześć Adam- zaczął Jermaine- Jak leci.
- Było dobrze, to póki ten kretyn nie zarywał do  MOJEJ LASKI!
- Wybacz mu, czasem mu odwala.
- Mam to gdzieś.
- Nie wtrącajcie się- warknął Jackie.- Czego chcesz?
- Odpierdol się od mojej laski.
- Nie jestem twoją laską.
- Jesteś- przewróciłem oczami.
- Spadaj- pocałowała Jackiego w policzek, po czym sobie poszła. Jasne, narobiła zamieszania a teraz się zmywa. Spojrzałem na Jackiego, mordował się z Adamem wzrokiem.

- Dzisiaj na boisku od koszykówki o szesnastej- dorzucił i sobie poszedł.
- Szukaj drużyny geniuszu, bo przegrasz!- Wykrzyknął pewnie Jackie.
- Zapowiada się mecz stulecia- mruknął Jermaine nagle interesując się swoimi paznokciami.
- Co ma mecz koszykówki, do tego czyją dziewczyną ona jest

- Podstawowa zasada, ten, kto wygra mecz, dostaje numer do laski, o jaką było zamieszanie- pokręciłem głową, po czym wstałem i pobiegłem przed siebie.
***
Oczywiście w drużynie Jackie'go musieliśmy się znaleźć my. Wiedziałem, ze przegramy i zrobimy z siebie pośmiewisko, ale nie chciałem ranić Jackie'go. Naprawdę wierzył, ze nam się uda.
- Wygramy- rzucił, jakby sam siebie chciał o tym przekonać.
- Raczej skończymy z siniakami- mruknął Marlon. Pokiwałem głową. Jak mieliśmy dać radę osiemnastoletnim napakowanym facetom?
To czysta śmierć.
Moje wewnętrzne tchórzostwo, w postaci małego szczura uciekłoby gdzie pieprz rośnie, ale jakoś stałem na boisku, czekając na porządne lanie.
Gdy wreszcie się pojawili głupio się uśmiechali. Chciałem dać mu w łeb, co za pewniaczek.
Popatrzyłem dokoła, zebrała się spora grupa gapiów.
Na szczęście wśród nich pojawili się nasi przyjaciele, który mieli koszulki z napisami The Jacksons, i uśmiechali się pewnie. Podbiegłem do Chrisa.
- Przegramy.
- Tak, skończycie z guzami.
- Może kopniak na szczęście?- Zagadnęła Ginny.

- ja-urwałem, gdy zobaczyłem jak naszych wrogów podbiega jakaś blondynka. Była ubrana w biała bluzę, niebieskie krótkie szorty, białe trampki za kostkę, oraz na głowie miała
 full cap - Kto to? Nie znam jej?
- Bo ona nie jest z stąd- dodała Ginny.- Znałabym ją.
- Ja mieszkam tu dłużej- mruknąłem nie spuszczając z niej wzroku. Dziewczyna westchnęła i spojrzała na mnie. Popatrzyła na Adama, po czym ruszyła w moją stronę.
- To z twoim bratem będzie grał ten kretyn?- Pokiwałem głową.- Cholera. Nie mogliście sobie darować?- warknęła- Muszę tu siedzieć- dodała.
- Ja...Ja- zająkałem się.- Kto to jest dla ciebie?
- Adam?- Skinąłem.- Kuzyn, ciągle pakuje się w kłopoty. Przyjechałam do niego na jeden miesiąc...Już żałuje.
- Jestem Michael- wypaliłem. Usłyszałem jak Chris, Fred i Ginny chichocą. Na jej twarzy pojawił się delikatny uśmiech.
- Michelle, ale wszyscy mówią mi Mia.
- Dlaczego?
- Bo nie przepadam za swoim imieniem- wyjaśniała- No nic, uciekam, bo jeszcze powie, ze stoję po stronie wroga...Przy okazji..- Nachyliła się- Dajcie mu popalić- zaśmiałem się. Znowu zrobiła minę obrażonej dziewczyny, po czym wróciła do swojego kuzyna, i usiadła na ławce. 
- Wygracie.

Ha, po godzinie meczu pokazaliśmy tym kretynom, kim są Jacksonowie. Może miałem masę siniaków, i masę razy oberwałem, ale aż trzy razy dorzuciłem do kosza. Jak na mój wzrost to ogromny wyczyn.
Do tego czułem na sobie spojrzenie Miche...Mii. Niby gra ją nie interesowała, ale gdy trafialiśmy do kosza, uśmiechała się.
Była bardzo ładna, miała błękitne oczy, lekko zarysowany nos, dość jasną karnację, o małe usta o odcieniu maliny. Była dość niska, musiała być w moim wieku.
- Wygraliście!- Wykrzyknęła Ginny rzucając się mi na szyje.
- Daliście popalić- dodał wesoło Fred.
- Z Jacksonami się nie zadziera- mruknął Jackie- Prawda kotku- dodał patrząc na jego nową dziewczynę.
- Oczywiście- pocałowała go, po czym popatrzyli na wkurzonego Adama.
- Oszukiwaliście- podszedł do nas.
- Pokonała cię piątka karłów - oświadczyłem- Sam powiedziałeś, że jesteśmy tacy niscy, że do stołu nie dosiągamy.
- Ale.
- Adam przestań- koło nas pojawiła sie Mia- Wygrali, a teraz spadajmy. 
- Nie rozkazuj mi.
- Masz trzy sekundy by zabrać tyłek!
- Bo co?
- Bo powiem twojej mamie, ze przestałeś być prawiczkiem wieku czternastu lat!- Wybuchliśmy śmiechem- Albo, ze masz masę pornosów pochowanych po szafkach, i że masz świerszczyki.
- Ty mały krasnalu- uśmiechnęła się.
- Czekam tam- dodała wskazując na ogromne drzewo- Skończ to poniżanie się, bierz tyłek w troki i idziemy.
- Te haczyki nic ci nie dają.
- Ale twoje śpiewanie z szczotką klozetową na nagraniu da- pociągnął ją za rękę wychodząc z parku, wybuchłem śmiechem. Mia miała charakterek i umiała rządzić.
- Ta dziewczyna to prawdziwa...
- Powiedz foczka a nadepnę ci na stopę- Jermaine poczochrał mnie po włosach, po czym wybuchł śmiechem.

- Wracajmy do domu.


I'll Be There powraca, będę starała się dodawać co chwila coś z tej serii, już chce I wanna Be where you are, a zostało jeszcze trochę notek.
Druga sprawa, chcecie by po ostatnim rozdziale I'll Be There, pojawił się epilog czy od razu pierwsza część drugiej serii?
Co do Mii, teraz była trochę po stronie Jacksonów, ale mam pewne plany co do niej XD
Przepraszam za błędy
Pozdrawiam

środa, 16 września 2015

Section 6



Czasem strach przejmuje nad nami kontrole. Nie wiemy, co mamy zrobić. Chcemy się poddać.
Też mam swoje obawy. Jak to się mówi strach ma wielkie oczy. Jestem dzieckiem. Mam prawo się bać. Jak każde normalne dziecko, które ma to zrobić...

- Nie chce!- Wykrzyknąłem wtulając się w poduszkę.

- Michael musisz.
- Chce zostać w domu!- Wykrzyknąłem przez łzy. Przerażała mnie jedna rzecz. I nie chodzi o Josepha. Przerażało mnie miejsce, gdzie ludzie są zmuszani do myślenia...SZKOŁA. To prawdziwe okropieństwo.- Nigdzie nie idę.
- Michael za piętnaście minut zaczyna się rozpoczęcie roku szkolnego. Musimy iść- powiedziała łagodnie mama siadając na łóżku.
- Nie chce- odparłem wtulając się w poduszkę.- Boje się.
- Ale czego?
- Nauczycieli, starszych uczniów...Tego wszystkiego...To psychiatry...Tam wycinają ci wnętrzności.
- kto nagadał ci takich głupot?- Spytała z uśmiechem.
- Fred.
- Michael.
- Oni tam mordują dzieci...Znęcają się psychicznie- dodałem, siadając po turecku.- Tito prawda?
- tak...Nauczyciele chodzą z karabinami, które przykładają ci do głowy, jak czegoś nie umiesz- oświadczył z uśmiechem.
- Tito- jęknęła zrozpaczona mama.- Nie pogarszaj sytuacji.
- Ale mówię prawdę. Szkoła jest okropna...Czają się tam takie demony, które nie lubią małych chłopców- dodał. Przełknąłem ślinę. Szybko schowałem się pod kołdrę, na co mój brat wybuchł śmiechem.
- Z czego się lejesz?- Warknąłem.
- Z tego, że dałeś się nabrać...Jaki mami synek.
- Zamknij się- wykrzyknąłem przez łzy, wtulając się w poduszkę. Pójście do szkoły mnie przerażało. Jak mam się dokształcać, muzycznie, jak tam będę musiał chodzić? Co jeśli Fred ma racje...Co jeśli zakopią mnie żywcem?
' Ja nie chce umierać!'
- Michael..Nie bój się...Szkoła to bardzo miłe miejsce- prysnąłem pod nosem.
- Mamo to tchórz...
- Stul dziób- warknąłem rzucając w niego poduszką.
- Tito przeproś Michaela.
- Sorry...- Zachichotał pod nosem- No dobra idę z kolegami do szkoły.
- Szkoła nie jest zła Michael- szepnęła mama, głaszcząc mnie po głowie.
- jest.
- Michael czy kiedykolwiek cię oszukałam? Zobaczysz...Na początku będzie ciężko, ale potem się przyzwyczaisz.
- Naprawdę?- Pokiwała głową.
- No dobrze- westchnąłem, uśmiechając się niepewnie. Zszedłem z łóżka.- Jak wyglądam?
- Dobrze...Nie maż się..Duzi chłopcy nie płaczą.
- No wiem- przewróciłem oczami.- Chodźmy już..Bo się rozmyślę- mama się zaśmiała.

***
Na początku nie chciałem rozstać się z mamą, ale gdy dowiedziałem się, ze Fred, Jack i Chris będą ze mną chodzić do klasy, nie byłem już aż tak przerażony. No Mozę trochę bałem się się tych wielkoludów.
Patrzyli na mnie, a ja czułem się po prostu skrepowany. Najgorszej było pierwszy tydzień, potem było coraz lepiej. Miałem miłą wychowawczynię, miłych kolegów w klasie, z którym miałem wiele wspólnego. Przestałem tak panikować.

Siedziałem z  moimi nowymi kolegami, na boisku szkolnym przyglądając się dziewczyną, które miały WF. Były naprawdę ładne.
- Niezła jest ta- oświadczył Chris palcem wskazując na wysoką rudowłosą dziewczynę.

- Nigdy na ciebie nie popatrzy geniuszu- dodałem z uśmiechem.- Ta jest piękna...Hej...

- To ta dziewczyna z parku- wtrącił jack. Popatrzyliśmy na siebie z uśmiechem.
- Ona tu idzie- wtrącił Fred. Susie mnie zauważyła i uśmiechnęła się promieniście.
- Cześć misiu- pocałowała mnie w policzek, na co uśmiechnąłem się dumnie, czując na sobie spojrzenia chłopaków, ze starszych klas.
- Cześć Sue, co słychać?
- Okej...Cieszę się, ze cię tu widzę. Będziesz tu chodził do szkoły.
- Na to wychodzi...A wy jak się nazywacie?- Spojrzała na moich towarzyszów, który nagle zapomnieli jak się mówi.
- To Fred, To Chris a To Jack...Onieśmielasz ich- Jack dźgnął mnie łokciem- No, co? Fakty..
- Słodki jesteś.
- Masz faceta?- Zapytał Chris. Okej cofam to...żadna kobieta nie onieśmieli Chrisa tak by zapomniał jak się gada.
- Tak mam..Nazywa się Robert tam siedzi- wskazała chłopaka, który wczoraj przypadkiem ' popchnął' mnie na schodach.
- Ta...Twój facet wczoraj popchnął Michaela na schodach- spojrzałem z wyrzutem na Freda- Nie patrz tak na mnie.
- To prawda Mike?
- Nie Sue, on...Coś mu się przewidziało to nie on.
- Ale.
- Cicho!- Warknąłem.
- Michael masz powiedzieć mi prawdę- powiedziała surowo Sue.
- No to prawda- Sue zerwała się . Wstałem i pobiegłem za nią.- A ty, dokąd?
- Rozkazać, by cie przeprosił.
- Sue przestań- rozkazałem.- Nie chce tych przeprosin...To był przypadek..Z  resztą przeprosił mnie- okłamałem ją. Nie chciałem być znany, jako skarżypyta.
- Na pewno?- Pokiwałem głową.
-, Ale co kol wiek się będzie działo masz mi mówić.
- Dobrze mamusiu...Jermaine- wykrzyknąłem widząc mojego brata. Spojrzał na mnie i z uśmiechem do mnie podszedł.
- ten dekiel to twój brat.
- Niestety- Jermaine dał mi sójkę w bok.
- Michael musimy iść...Próby- wciągnąłem powietrze, po czym spojrzałem przepraszająco na Sue.
- Przepraszam. Musze iść...Sama rozumiesz...Próby...- Pobiegłem po mój plecak, po czym wróciłem do Jermaine'a.- Jestem gotowy./
- Idziemy...



***
- Jeszcze raz... Marlon źle!- Warknął Joseph patrząc surowo na mojego brata- Michael pokaż mu- wykonałem obrót, po czym złapałem za mikrofon.- Co jest w tym trudnego.
- Staram się.
- Mam cię dość...Psujesz każdą próbę..Zacznij się starać.
- Staram się i ćwiczę.
- To ćwicz więcej! I nie pyskuj jeszcze raz- dodał. Westchnąłem, po czym zacząłem śpiewać. Oczywiście po raz kolejny Marlon nie dał sobie rady.- Mam tego dość..Podejdź tu- mój brat niepewnie podszedł. Odwróciłem głowę. Nie chciałem na to patrzeć. To mnie za bardzo przerażało. Zacisnąłem powieki. Znów usłyszałem płacz mojego brata. Pomimo iż słyszę go kilka razy dziennie, i tak chce mi się płakać. Dlaczego on nam to robi? Dlaczego wszystko robi za pomocą pasa? Rozumiem chce byśmy byli najlepsi...Ale to boli..Nie chodzi nawet o ból fizyczny...A raczej o ból psychiczny...Tamten ślad zostaje ci na zawsze...
- Joseph przestań- powiedziałem nieśmiało.- Pouczę go...Ile będzie trzeba...Aż będzie dobry...Proszę...
- Ale jeśli jutro nie będzie umiał zostanie na zawsze nauczkę i ty także- dodał, a ja popatrzyłem na chłopaków, po czym głośno westchnąłem.- Pojutrze jest konkurs. Macie być najlepsi...Chodży się paliło, choćby waliło...Show ma trwać rozumiecie?- Pokiwaliśmy głowami. 

- Marlon jeszcze raz- powiedziałem ostaniem sił. Czułem się wykończony. Zbliżała się późna godzina nocna, a my nadal ćwiczyliśmy. Szkoła, próby, występy...To za wiele..Westchnąłem siadając na kanapie.
- Przepraszam.

- Za co?

- Nic mi się nie udaje i ciągle coś spieprzę.
- Nawet tak nie mów.
- Nie dam rady.
- Zaraz nakopie ci do tyłka- zaśmiał się- Dasz radę..Jesteś moim bratem?- Pokiwał głowę- Więc no właśnie, pomogę ci...Choćbyśmy mieli ćwiczyć całą noc rozumiesz?- Kiwnął głową- Zawsze ci pomogę...Pamiętaj o tym- uśmiechnął się nieśmiało- Chwila przerwy..Idź do chłopaków- pokiwał głową i poszedł a ja głośno westchnąłem opadając na łóżko.
- ty mój dzielny chłopcze- podniosłem się i zobaczyłem mamę.- Powinieneś spać..Jutro szkoła.
- Muszę pouczyć Marlona.
- Michael musisz wstać do szkoły...Nie przesadzaj- machnąłem ręką- Jeszcze raz machniesz ręką a się zdenerwuje.
- Ty i zdenerwowanie? To nie możliwe- mama uśmiechnęła się siadając obok mnie.
- Powiedź...Czy ty kiedykolwiek się podajesz?- Pokręciłem głowę.
- Chce byś była ze mnie dumna.
- I jestem...Za to, jaki jesteś...Dla mnie nie ma znaczenia, kim będziesz.
- Nawet jak będę ćpunem?
- Nawet tak nie myśl- poczochrała mnie po włosach.- A nawet jakby się tak zdarzyło pomogę ci.
- Kocham cię... A teraz...Idę w kimę.
- I dobrze zrobisz- oświadczyła z uśmiechem.
***
- Pierwsze miejsce zajmuje...- Wstrzymałem oddech z resztą moi bracia też. Popatrzyłem na Josepha. Nie wyglądał ani na zmartwionego, ani na radosnego.
' Czyli norma'
Przełknąłem ślinę.
' Mów...Chce wiedzieć'
- The Jacksons!- Wykrzyknął do mikrofonu. Podskoczyłem z radości rzucając się Jermaine'owi na szyję. Byliśmy w wniebowzięci...

- Mówiłem wam, ze, jeśli wszystko zrobicie dobrze, nie obejdziecie się bez nagrody- oświadczył Joseph uśmiechając się, zerkając na puchar, który zapieliśmy pasami ' dla bezpieczeństwa'- Powariowaliście.
- Mozę i tak...Ale opłaca się tak wariować...To było coś.
- Za niedługo pojedziemy do Nowego Jorku.
- Co z Chicago?- Spytałem zaskoczony.
- Nie możemy ciągle grać...
- Ale to znaczy, ze klub Mr. Lucky będzie konieczny?- Pokiwał głową.
- Wyjazdy są kosztowne...Musimy na nie mieć- westchnąłem opierając się o rękę. Od jakiegoś czasu ciągle jeździmy. Ja i bracia jesteśmy" dom, szkoła, próby, konkursy a wyjazdy. Na weekendy praktycznie nie ma nas w domu. Nie powiem. Ciężko jest, ale się opłaca. 
- Michael, czemu tak nagle zamilkłeś?- Spytał Jermaine.
- Mama powiedziała mi takie powiedzenie:
Mowa jest srebrem a milczenie złotem...Więc przystosuj się.
- Zawsze nawijasz jak najęty..Co się dziś stało?
- Jestem po ludzku zmęczony...I się obawiam- ściszyłem głos. Owszem graliśmy kilka razy w klubach ze striptizem, ale dla dziecka w moim wieku to nie jest za dobre miejsce...Mama ciągle narzeka..W końcu to rzeczy, jakie powinienem poznać później. Do tego chodzę do świątyni.
- Jesteśmy- odparł Joseph gasząc silnik. Zmarszczyłem czoło widząc, jakąś dziewczynę koło domku na przeciw mojego.. Był on pusty od trzech lat.
- Ktoś miał się koło nas wprowadzić?
- Tak Robinsowie- oświadczył Joseph./ Odpiąłem pas, po czym wysiadłem. Dziewczyna popatrzyła na mnie, po czym weszła do środka domu. Popatrzyłem na chłopaków. Wzruszyli ramionami. Wróciliśmy do domu, po czym padliśmy na łóżka. Byliśmy zmęczeni całym dniem.
***
Siedziałem z Fredem w ławce, gdy do klasy weszła wychowawczyni z niską dziewczyną. Od razu ją rozpoznałem.
- Kto to?- Zagadnął Chris.
- Ja ją znam- wtrąciłem szeptem- Wprowadziła się na przeciw mnie.

- Na serio?- Pokiwałem głową.

- Chciałam wam przedstawić waszą nową koleżankę...Ginny Robinson- powiedziała nasza wychowawczyni z uśmiechem. Dziewczyna uśmiechnęła się niepewnie.- Proszę Ginny usiądź z Jack'iem- dodała z uśmiechem. Dziewczyna przełknęła ślinę, po czym podeszła do ławki mojego przyjaciela. Usiadła na krześle i wyciągnęła książki.
- Cześć- wtrąciłem niepewnie.
- Cześć...Od dawna tu chodzisz?
- Od początku roku...I wcale tu nie mordują dzieci- zaśmiała się.- Nie martw się..Wszystko będzie okej.
- Dzięki..Ty mieszkasz na przeciw mnie?- Pokiwałem głową- Masz na nazwisko Jackson?- Skinąłem głową- Byłam na waszym występie gdzie śpiewaliście ' My Girl' dałeś czadu.
- To nic takiego.
- Zawsze jesteś taki skromny?
- A ty zawsze taka rozgadana?- Dziewczyna speszyła Się i odwróciła a chłopaki się zaśmiali.- Mi to osobiście nie przeszkadza...Dogadamy się. Uśmiechnęła się. 
- Dobrze zaczynamy lekcje...
Ginny wyrwała kartkę, cos na niej napisała, po czym mi ją podała.
' Pogadamy po szkole?'
' Pewnie...Mogę cię odprowadzić'
Tak by pani nie zauważyła podałem jej karteczkę. Przeczytała to i z uśmiechem wyszeptała:
- W takim razie ja odprowadzę ciebie...
***
Mój największy koszmar się spełniał. Niemalże każdego wieczoru musieliśmy brać udział w występach w klubach.  Śpiewaliśmy między grajkami na harmonijkach, ludźmi, którzy kochali alkohol a i między striptizerkami. M: In Mr. Lucky. Właśnie o to najczęściej mama i tata się, kłócili. Co nie jest dla mnie miłe. Bo mama zawsze płacze. Ale były też plusy, nagraliśmy własną piosenkę. Big Boy...Wszyscy koledzy w szkole mi zazdrościli...Jednak to nie oznaczało końca prób.
-  Jeszcze raz od początku- powtarzał Joe, stojąc przed nami i sprawdzając czy wszystko jest okay. Powtórzyliśmy ze siódmy raz i ….
- Michael mówię ci do jasnej cholery weź się w garść- krzyknął na mnie.
- Staram się!- Powiedziałem z żalem.
-to bardziej się staraj- powiedział oschle.- Jeszcze raz.
- Ale Joe ćwiczymy już pół dnia- powiedział niezadowolony Jermaine.
- Trening czyni mistrza- odparł z złośliwie.
-, Ale……..
- Dobra chłopaki, ćwiczymy- wziąłem się w garść.
- Albo wiecie, co chodźcie, Michael ty ćwicz- powiedział celując we mnie palcem. Chłopaki wysłali mi współczujące spojrzenie, ale grzecznie poszli za tata Joem.
Dlaczego Ja? Co ja mu takiego zrobiłem? Hm mm zawsze byłem posłuszny a on, co? Tylko mną rządzi, no, ale dzięki niemu jestem kimś no będę kimś. Zawsze jak staje przed mikrofonem to sobie wyobrażam, że jestem wielkim King Of Pop i znam cudowna Dianę Ross, oo. jak chciałbym ją poznać….. Michael! Stop- upomniałem się w myślach. Chwyciłem swój kapelusz, wykonałem szybki obrót chwyciłem mikrofon a z moich ust wypłynęły słowa Who’s Loving You.
- Ty nadal ćwiczysz?- Spytał Jermaine rozkładając się na kanapie.
- No raczej- powiedziałem z ironią- Gdzie reszta?
- Chłopaki grają w siatkówkę, a Joe gdzieś pojechał- powiedział zażerając się pączkiem.
-Mike ubieraj się- krzyknęła moja mama.
- Czemu?- Spytałem pacząc na nią z otwartymi oczyma.
- Idziemy do świątyni- oznajmiła. No tak. Szybko ubrałem się w czarne dżinsy, podkoszulek, koszulę w kratkę no i oczywiście mój kapelusz. Zaczekaliśmy jeszcze na Toyę i wyszliśmy.
***
- Gdzie Michael!- Krzyknął Joe od progu.
- Tu jestem- oznajmiłem.
- Mam pomysł na występ- powiedział z entuzjazmem.
Szybko pobiegłem” do salonu” i nasłuchiwałem.
- Byłem w Chicago i widziałem grupę The Famous- mówił podekscytowany.
- A co to ma z nami wspólnego- spytał Tito.
- Mam pomysł, na wasz występ Michael będzie miał fioletowy kapelusik, będzie miał taką brązowa kamizelkę, a pod tym koszulę w kratkę, i..- Powiedział spoglądając na mnie- zatańczy jak James Brown, co wy na to?
- Takkkkkk! – Krzyknąłem szczęśliwy.
- Joseph możemy porozmawiać?- W salonie pojawiła się mama.
-Tak, chłopaki przygotujcie się do próby.
Dobrze wiedziałem, że to nie ładnie podsłuchiwać, ale jestem taki ciekawski, że nic na to nie poradzę. Po cichutku podszedłem do uchylonych drzwi słuchając.
- Joe Mike ma 7 lat a w sierpniu będzie miał 8, a ty każesz mu ćwiczyć dzień i noc- powiedziała wkurzona.
- Chce być sławny to musi ćwiczyć- powiedział bawiąc się widelcem.
- Joseph ty do jasnej cholery każesz mu oglądać striptizerki- wydarła się pierwszy raz w życiu.
- Kiedyś i tak to zobaczy- powiedział lekceważąco.
- Czy musisz tak wszystko lekceważyć, może i zobaczy, ale jako dorosły nie, jako dziecko- powiedziała załamana postawa taty.
- Kate, Kate, Kate odpuść okay-odparł dotykając jej policzka- Chłopaki wracamy do próby- krzyknął oderwałem się od drzwi jak torpeda. Pobiegłem do mikrofonu udając, ze wszystko ok.
- Coś przeskrobał?- Szepnął Jermaine.
- Nic- powiedziałem głosem małego grzecznego chłopczyka.
- Chłopacy chciałbym wam powiedzieć... że..Pewna osoba widziała was występ a po przesłuchaniu piosenki Big Boy..
- Joseph do rzeczy...

- Jesteście zaproszeni do wystąpienia w Telewizji...


Cześć. I jak podobała wam się notka..bo mi nie za bardzo..nie jest najlepsza, ale trudno, ale pomysł na nią mam od Julki..mojej przyjaciółki. 
No nic jutro powinna się pojawić kolejna, ale nic nie obiecuje.
A jak u was w szkole? Też nie dają wam żyć?
No nic.
Przepraszam za błędy.
Pozdrawiam :)

piątek, 11 września 2015

Section 5



Moje ' przesłuchanie' do zespołu moich braci, przeszło pomyślnie. Owszem denerwowałem się, ale dałem jakoś radę. I pomimo iż dwa razy się pomyliłem Joseph mnie nie zlał. Jej...Cud się wydarzył.
Mogę powiedzieć to szczerze. Jestem przeszczęśliwy. Moje marzenia zaczynają się spełniać. Wiem, ze damy radę, ale musimy trzymać się razem...Tyle, że gdy zaczynaliśmy próby...Nie spodziewałem się, że te treningi będą aż tak męczące. Jestem wykończony fizycznie i psychicznie. Ciągle próby, próby i jeszcze raz próby. Chciałem poprosić Josepha o jeden dzień ' przerwy’, ale po tym jak zobaczyłem jak zlał Marlona-zmieniłem zdanie. Gdy patrzył na mnie tym srogim wzrokiem, trzymając pas w ręku zaczynałem panikować. Serce bilo mi z zdwojoną prędkością, robiło się duszno, i chciało mi się wymiotować. Sam jego wzrok przeraża. Ale czego się nie robi by spełnić swoje marzenia, co nie?
Codziennie przed próbami modlę się by czegoś nie sknocić. I tak przynajmniej dwa razy w dniu dostaje takie lanie, że nie umiem usiąść.
Ale po mimo wszystkiego cieszę, się, ze jestem w zespole. Muzyka- cały mój świat. Obiecałem sobie, ze w przyszłości będę się tym zajmował na poważnie, i pokarzę tym wszystkim naszym sąsiadom, ze umiem osiągnąć sukces... A jak już o tym mowa.
Przed wczoraj Jackie nieźle nas wystraszył, wracając do domu po meczu koszykówki cały pobity. Gdy otworzyłem mu drzwi i zobaczyłem go zakrwawionego zacząłem wrzeszczeć, żeby nie umierał, z czego mi teraz trochę wstyd.
Jak się okazało, jakaś grupa ' sąsiadów' go pobiła, bo nieźle im dogadał...Ta...Nasi sąsiedzi nie wierzą, ze możemy do czegoś dojść...Rzucają w nasze okna kamieniami wrzeszcząc, ze i tak do niczego nie dojdziemy...Nie no dzięki...Nie ma to, jak wsparcie. Oni są po prostu nie do wytrzymania.
Ale niech sobie myślą, co chcą. I tak spełnię swoje marzenie, a oni będą siedzieć na bezrobociu. Proszę bardzo.

- Będzie się działo- rzucił wesoło Jermaine, gdy po próbie szykowałyśmy się do pójścia spać. Usiadłem po turecku na łóżku.
- Nie jestem zbytnio przekonany do tego pomysłu Jermaine- westchnąłem- Okej to, ze zaczniemy występować, w konkursach amatorskich to jedno, a branie w barach ze striptizem to całkiem inna bajka...Ja tam nie pasuje.
- Każda gwiazda tak zaczyna.
- Grając po barach ze striptizem? Pierwsze słyszę...James Brown tak nie zaczynał.

- Michael wiem, ze chcesz być taki jak on...Ale nie obiecuj sobie, za dużo- przewróciłem oczami- Okej masz talent...Ale to nie wystarcza. Myślisz, ze będziesz królem?


- tak i udowodnię to wam wszystkim!
- Młody nie obrażaj się- dodał, gdy położyłem się i przykryłem kołdrą po same uszy.
- Spać mi się chce.
- Mike?
- Czego?
- Pogadaj ze mną- poprosił.
- Nie chce mi się- ziewnąłem, wtulając się w poduszkę.
- To, chociaż odpowiadaj na moje pytania..
- Hymn dobra.
- Jak się czujesz?
- Pomidor.
- Wierzysz, ze staniemy się kimś?
- Pomidor.
-, Na co masz ochotę?
- Pomidor.
- Śpisz?
- Brukselka- śmiałem się w poduszkę jak wariat. Nie no ja wiem jak kogoś wyprowadzić z równowagi.
- Jaki kolor jest mi do twarzy?
- Męski różżż! - Wybuchłem śmiechem. Jermaine wziął poduszkę i zaczął mnie nią tłuc- No, co bardzo lubię ten kolor...Taki dopasowany...Ach...Przestań...Mamo! Napad padalców!- Wykrzyknąłem- zrywając się z łóżka i biegnąć do kuchni.
- Zabiję cię lilipucie- zatrzymałem się, po czym popatrzyłem na niego groźnie.
- Jak tyś mnie nazwał?
- LILIPUT!- Wziąłem chochelkę, Jermaine przełknął ślinę- Ewakuacja!

- Chłopcy, co wy robicie?- Spytała mama jak po chwili, zauważyła nas biegających po kuchni. Ja z metalową chochlą a on z deską.- Powaliło was już całkiem.
- Nazwał mnie liliputem- poskarżyłem się.
- Chłopcy idźcie spać.- Powiedziała.
- Chciałem iść spać, ale on mi nie pozwolił- oświadczyłem siadając na krześle.
- Jermaine?- Popatrzyła na niego.
- A on mi głupio odpowiadał. Pytam się go coś a on..
- Srutututu.
- A nie mówiłem.
- Michael, czemu..-Zaczęła mama, lecz wykrzyknąłem z uśmiechem.
- kalafior...Hej mam smaka na ogórki.
- Kobieta w ciąży. Powiedz, który to miesiąc- walnąłem Jermaine chochelką w ramie- Auuć.
- zasłużyłeś padalcu!
- Ja tylko mówię...No dobra...Kobiet w ciąży się nie denerwuje.
- Zaraz naprawdę nie wytrzymam i jak cię przełożę przez kolano pożałujesz- oświadczyłem biorąc jedno ciasteczko z tacki.
- Już to widzę.
- Chcesz z paska w tyłek?
- Chłopcy- wtrąciła rozbawiona mama, kręcąc głową- Idźcie spać...
- Masz nas dość.
- Wiedziałem...E tam jeszcze trochę się z nami pomęczysz...Ja przynajmniej do trzydziestki będę z Toba mieszkał.
- Dzięki...Miło to słyszeć.
- Ale popatrz ten większy debil wyleci an zbity pyszczek.
- Jak ja ci dam..Ty mała surytatko.
- Zamknij się jaszczurze.
- Robal.
- Karaluch.
- Pijawka.

- Padalec..

- Głupek.
- Cymbał!
- Chłopcy idźcie spać, jutro macie próby.
- Jak codziennie- oświadczył Jermaine siadając koło mnie i biorąc ciastko do ręki.- Czasem mnie to męczy.
- Wolę próby niż twoje jęczenie po nocach...typu ' Mery Lou ty gorąca kobito...Uwielbiam cię'
- Masz coś do powiedzenia Jermaine?- Mama popatrzyła na niego surowo.
- dzięki za wkopanie mały.
- Duży.
- Chudy.
- Gruby.
- Pawian.
- Glizda...Taka obślizgła...blee..
- Chłopcy do łóżek- rozkazała mama.
- Czemu?- Mama westchnęła, a ja zacząłem chichotać.
- Bo nie ma dżemu- powiedziała zirytowana.
- To my z Jermainem pójdziemy, co nie?- Mój brat skinął głową szczerząc się szeroko.
- Wypad do łóżek- rozkazała. Niechętnie wstaliśmy, kiedy do kuchni wszedł wkurzony Joseph.
- Co tu robicie. Marsz do łóżek.
- My tylko- zacząłem.
- Do łóżek- warknął. Przełknąłem ślinę i pokiwałem nerwowo głową. Wraz z Jermainem biegiem pobiegliśmy do swoich łóżek.
- Bałem się, ze nas zleje.
- Bo zlałby nas...Gdyby tam mamy nie było- wtrąciłem smutno, patrząc w okno.
- Możecie się zamknąć? Spać mi się chce?- Warknął Jackie.
- E tam, po co spać?
- Bo noc jest do spania- wtrącił Marlon.
- E tam...My z Jermainem jesteśmy niezniszczalni.
- Raczej nadpobudliwi- wtrącił Tito przecierając oczy- Weźcie sobie coś na uspokojenie.
- Zamknięcie te swoje paszcze?- Warknęła La Toya, poprawiając włosy.- Wkurzacie mnie...Jutro mam się spotkać z Addi, a ty wy...agggr...
- Przymknij się- wtrącił wesoło Marlon.
- Zbadaj się.
- Przymkniecie jadaczki?- Spytała wesoło Rebbie.

- Gasimy światełko dzieciaczki...I idziemy lulu- oświadczyłem wyłączając światło.

- Tak ciemno się zrobiło.
- jest noc.
- Zamkniecie się wreszcie?- Spytała zirytowana La Toya- Nie będę wyspana.
- Możesz spać, w salonie na kanapie- wtrącił Jermaine.- My się nie obrazimy.
- Co za dekle.
Przewróciłem oczami, zakrywając uszy poduszką.
- Dobranocka dawno temu się skończył- wtrąciłem.
- No właśnie, więc idź spać.
- próbuje, ale swoim marudzeniem mi w tym przeszkadzasz- popatrzyłem wkurzony na La Toyę. Nagle światło się oświeciło i w progu stanął Joseph.
- Pójdziecie do jasnej cholery spać?
Wszyscy jak jeden mąż pokiwaliśmy głowami.
- nie chce was słyszeć- dodał zgasił światło i wyszedł. Westchnąłem, zamknąłem oczy, po czym starałem się zasnąć. Na szczęście sen przyszedł po kilku minutach.

**

Czas mija nie ubłaganie. Tato uznał, że muzyczne zainteresowanie rodziny zasługuje na poważne potraktowanie. Nim się obejrzałem był grudzień, a my mieliśmy za sobą udziały w trzech konkursach amatorskich. Ciężko ćwiczyliśmy, a Joseph spędzał z nami masę czasu, przez co zaczął zaniedbywać trochę swój zespół The Falcons. Albo ćwiczyliśmy kroki i słowa albo siadaliśmy wszyscy razem w salonie, a tat...A Joe dawał nam wskazówki i uczył techniki gry na gitarze . Nasz dom rozbrzmiewał muzyką. Ostatnio na próbie była u nas babcia, która tak nas zachwalała, że co chwila się zawstydzaliśmy. No, ale nic.

Siedzieliśmy właśnie, na dworze. Chłopacy lepili bałwana, a mi było tak zimno, że trząsłem się z zimna. Uśmiechnąłem się widząc, jak bałwan, którego postanowiliśmy nazwać ' George' stoi już cały...Nie..Nie cały.
- Zaraz wracam- rzuciłem z uśmiechem wchodząc do domu- Mamo.
- Tak Michael.
- Dałabyś mi jedną marchewkę...George musi mieć jakiś nos.
- George?
- Nasz bałwanek- wyjaśniłem z  uśmiechem. Podała mi jedną marchewkę kręcąc rozbawiona głową. Wybiegłem na dwór, - Mam marchewkę- podałem ja Marlonowi.
- No i teraz mamy naszego Georga całego i zdrowego- oświadczył chichocząc.- Wiecie, co sobie przypominam? Jak Joseph kupił gitarę Tito i my zaczęliśmy wymyślać, dla niej imiona.
- ta...

Siedzieliśmy przy stole, przeglądając komiksy. Spojrzałem przez okno. Robiło się coraz to ciemniej. A Josepha nie było. Po minie mamy mogłem się domyślić, ze się nie póki, i że jest zła.
- Współczuje ojcu. Dostanie reprymendę- szepnął Tito.
Usłyszeliśmy odgłos silnika, co znaczyło, ze tata wrócił. Mama stanęła z założonymi na klatce piersiowej rękami, a my z uśmiechem czekaliśmy na jej reprymendę dla ojca.
Gdy drzwi się otworzyły a tato wetknął głowę przez szparę, zobaczyliśmy na jego twarzy szatański uśmieszek. Wszedł do środka.
- Gdzieś był?
- Może reprymendę zostawisz na później a teraz będziemy podziwiać.
- Niby, co mamy podziw...Wielkie nieba- westchnęła, gdy tato za pleców wyjął czerwoną lśniącą gitarę. Byłą przepiękna.
- Jaka ona piękna- wykrzyknęliśmy.
- jest cudowna.
- Cieszy mnie to... A teraz właścicielem gitary jest Tito.
- To dla mnie?
- Dla ciebie...Ale masz ją udostępniać każdemu, kto cię o to poprosi, ale nie masz brać jej do szkoły!
- Dobrze..Jest piękna.
- Teraz należy jej nadąć imię, co Tito? To będzie twoja ukochana- odparł Jermaine. Tito przewrócił oczami.
- O nazwiemy ja Rosie- wtrąciłem wesoło.

Z wspomnień, ocuciło mnie uderzenie w ramię. Potrząsałem głową i dopiero po chwili dotarło do mnie, ze chłopacy, śmieją się jak idioci, robiąc kolejne śnieżki by we mnie rzucić. Zrobiłem śnieżkę i rzuciłem w Jermaine'a po czym wykrzyknąłem:

- Śnieżna Wojna!

"Mimo, że droga życia jest trudna
Raz są wzloty, a raz upadki
Jesteśmy jednością i wszystkim
Jeśli będziemy się trzymać razem
Możemy dokonać wszystkiego"


Hej. No i jest kolejna. Wczoraj napisałem aż siedem rozdziałów. Tyle, że tak planuje...pierwsza część ( I'll Be There) będzie miała 10 części z czego ostatnia będzie podzielona na dwa rozdziały+ epilog, a potem idziemy do następnego rozdziału ' I Wanna Be Where You Are' Em wspominałem na początku, ze dziewczyna o imieniu Kate odmieni życie Michaela, lecz zmieniłem zdanie. Owszem, ona powróci do opowiadania, ale mam trochę inny zamiar co do odmienienia życia Michaela.
No nic..
Przepraszam za błędy.
Pozdrawiam
Mike

czwartek, 10 września 2015

Section 4




Siedziałem na parapecie patrząc w rozgwieżdżone niebo. Zamknąłem oczy i starałem się nie rozpłakać, gdy usłyszałem jak Joseph robi z chłopakami próby. Może ma rację? Może powinienem się poddać? Może to nie dla mnie?
Westchnąłem, po czym wstałem z łóżka i skierowałem się w stronę łóżka. Wszedłem pod kołdrę, i zamknąłem oczy. Już prawie zasypiałem, gdy usłyszałem wrzask Josepha. Zamknąłem oczy...Wiedziałem, co będzie później. Zakryłem usta poduszka, ale i tak usłyszałem donośny płacz Marlona. Sam nawet nie wiem, kiedy i ja zacząłem płakać. Z bezsilności... Ze nie umiem się Josephowi postanowić i powiedzieć by dał im i mi spokój. Gdy na niego patrzę...Jest mi niedobrze.
Stoisz przed nim, a on patrzy na ciebie z powagą,  trzymając pas w ręku...
Wzdrygnąłem się się chowając pod kołdrę, gdy usłyszałem kroki. Wyjrzałem za kołdry i zobaczyłem mamę.
- Nie umiesz spać, co?- Zagadnęła siadając na łóżku.
- Coś a raczej ktoś mi to uniemożliwia- oświadczyłem. Usiadłem po turecku- On to robi specjalnie.
- Michael.
- Wie, ze kocham muzykę.
- Jesteś jeszcze taki maleńki.- Pogłaskała mnie po policzku- Nie chce byś dorastał.
- Mamo...Dla ciebie zawszę będę małym synkiem.
- Zgodzę się- uśmiechnęła się- Co kolwiek się stanie będziesz mógł na mnie liczyć.
- A na Joe'go? Czy on w ogóle mnie kocha?
- Michael..
- Odpowiedź...Kocha mnie?
- Kocha.
- To, dlaczego nie chce bym był szczęśliwy? Chce być kimś. Nie chce się poddawać. Chce pokazać tym wszystkim niedowiarka z podwórka, ze Michael Jackson umie osiągnąć sukces...Chce pokazać Josephowi... Ze jestem kimś...Chce by był ze mnie dumny- wyszeptałem spuszczając głowę.
- Michael...
- Tak strasznie chciałbym od niego usłyszeć' Kocham cie synku' albo ' Jestem z ciebie taki dumny'- wytarłem dłonią łzy z policzków- Nie będę się mazał. Faceci nie płaczą.
- Każdy ma prawo popłakać.
- każdy?- Pokiwała głową.- Dlaczego Joe tak mnie traktuje?
- sam nie miał łatwo i nie jest mu łatwo mówić to, co czuje.
- Ja go kocham- oświadczyłem załamującym się głosem- Kocham go...Chociaż nienawidzę za to, ze mnie bije i mnie upokarza...Kocham go, ale nie znam...
- Synku...
- Pójdę już spać- oświadczyłem odwracając się w stronę ściany. Usłyszałem jak mama wzdycha.
- Śpij dobrze...Kocham cię.

- ja ciebie też- szepnąłem wtulając się w poduszkę.

NASTĘPNEGO DNIA:
Siedziałem z  chłopakami, w ogródku. Ja siedziałem załamany na schodach a oni debatowali o tym jak zaczną być sławni...Ile fanek będą mieć. Przewróciłem oczami. Im chodziło tylko o to by uwodzić fanki...Co to ma być? Oni są...Tak jakby jeszcze dziećmi. Może się nie znam, bo mam sześć lat, ale...Chyba...Z resztą.
- Michael, dlaczego milczysz?- Spytał Jermaine.
- A co mam mówić... Słucham, co wy gadacie- chłopacy uśmiechnęli się smutno.
- Zobaczysz kiedyś..
- Skończcie ten temat proszę- powiedziałem smutno. Usłyszałem kroki za sobą. Odwróciłem głowę i zobaczyłem Josepha.
-Emm..- Ugryzłem się w język.
- O czym gadacie- zwrócił się do chłopaków, ignorując mnie. Szczerze...W tej chwili chciałem dać mu w łeb.
- Halo ja też tu jestem!- Zerwałem się z miejsca i podszedłem do nich.
- Widzę.
- A zachowujesz się jakbyś nie widział.
- Nie pyskuj.
- Bo znowu dasz mi taką lekcję, ze się nie podniosę? Proszę bardzo i wiesz, co ci powiem? Mam gdzieś tą sławę...Chce wreszcie...Wiesz, czego bym chciał.
- Nie mam czasu- wyminął mnie.
- Kochającego ojca! Który były ze mnie dumny i czasem pograł w piłkę nożną.
- Michael- upomniał mnie Jermaine.
- Dlaczego mnie nie kochasz? Co ja ci takiego zrobiłem, ze nie umiesz...
- ze nie umiem, co?- Popatrzył na mnie wkurzonym wzrokiem. Przełknąłem ślinę i poczułem jak nogi się pode mną uginają.- Nie nic...Nic..- Dodałem. Joseph mruknął coś pod nosem i wrócił do domu. Popatrzyłem na chłopaków, stłumiłem w sobie płacz, po czym wybiegłem z naszej posesji.
- A ty, dokąd?- Zapytał Jermaine idąc za mną.
- Muszę pomyśleć.
- Nie oddalaj się.
- Wiem- mruknąłem pod nosem kierując się w stronę parku.

Siedziałem na karuzeli patrząc na swoje buty. Nie płakałem. Nie widziałem powodu by znów płakać z jego powodu. On nigdy się nie zmieni. Nigdy nie będę dla niego synem...Chociaż z drugiej strony powinienem go słuchać...Ciężko pracuje byśmy mogli wyżyć. Westchnąłem, po czym wstałem i chciałem iść w drogę powrotną, gdy usłyszałem głos mamy.
- Michael, co tu robisz?- Odwróciłem się, po czym podbiegłem do niej i się wtuliłem.
- Powiedziałem coś złego Josephowi i teraz tego żałuje...Chce go przeprosić, ale boje się, że mi nie wybaczy.
- Chodź...A gdzie chłopacy?
- Nawijają jak to fajnie będzie być sławnym...- Posmutniałem,
- Pogadamy z nim na ten temat.
- Jego odpowiedź ' NIE' on cały czas to powtarza-szepnąłem- Chyba będzie lepiej...
- Chyba nie chcesz zrezygnować? Kto ostatnio mi mówił, ze będzie walczył do końca?
- No ja.
- No ty- poczochrała mnie po włosach, na co się zaśmiałem.- Chodźmy.

Wraz z mamą wszedłem nieśmiało do środka. Rozglądałem się za Josephem. Wiedziałem, że będzie zły, ze nawiałem.'
Zapowiadają się siniaki'
Usłyszałem jego głos z kuchni. Weszliśmy tam z mamą.
- Gdzieś ty się podziewał?- Warknął.
- Przepraszam...Za ucieczkę i za to, co powiedziałem..Nie chciałem- spuściłem głowę.
- Michael- popatrzył na niego- Nie uciekaj więcej.
- Dobrze...Przepraszam...Idę do chłopaków.
***
Kilka dni później, nie byłem już taki załamany z powodu, ze nie będę występował. Cieszyłem się wraz z moimi braćmi. Wiedziałem, ze im się uda. Są świetni w tym, co robią. I jestem dumny, ze jestem ich bratem.
- Michael- do salonu wszedł Joseph.
- tak?- Spytałem niepewnie, ‘ co znowu przeskrobałem?'
- Mogę cię na słówko- przełknąłem nerwowo ślinę, po czym udałem się z nim w stronę kuchni- Katherine ciągle mi mówi, żebym ciebie przesłuchał.
- - Tak wiem mam zapomnieć.
- Na dzisiejszej próbie pokażesz, co potrafisz- popatrzyłem na niego jak na kosmitę.
- na serio?- Pokiwał głową- Serio, serio?

- Serio, serio?
-, Ale na prawdę?
- Przestań zadawać takie głupie pytania, bo zmienię zadnie.
- Przepraszam...Będę grzeczny to ja wracam..- Z uśmiechem an ustach skierowałem się w stronę salonu. Przechodząc przez prób zacząłem skakać, i krzyczeć ' tak. Udało się!'
- A tobie, co?- Spytał Tito.
- Joseph postanowił mnie przesłuchać.
- No wreszcie braciszku wchodzisz do zespołu.
- To się okaże.
- To jest pewne...Nikt nie śpiewa jak ty- wtrącił wesoło Jermaine.
Nagle chłopaki spoważnieli. Odwróciłem się i zobaczyłem w progu Josepha. Pierwszy raz uśmiechnąłem się do niego szczerze i wyszeptałem ' Dziękuje' Przez jego twarz przemknął cień uśmiechu, po czym poszedł.

' Może nie jest taki zły?'