Patrzyłem na Josepha z niedowierzaniem. Ja Michael Joseph Jackson,
urodzony dwudziestego dziewiątego sierpnia Gary w Stanie Indiana, mam wystąpić
na żywo w telewizji?
' A gdzie jest haczyk?'
Popatrzyłem na Jermaine'a. Pierwszy raz
widziałem go w takim stanie. Mój brat wyglądał jakby miał zejść na zawał.
- Mam zawał- szepnąłem, na co Marlon
zachichotał.- Ty żartujesz?
- Nie, wystąpicie w telewizji- powiedział
wesoło. Do oczu napłynęły mi łzy. Opłacało się spędzać tyle godzin na próbach,
wreszcie moje marzenie się spełni!
- Tak, wystąpimy w telewizji!- Wykrzyknąłem
rzucając się Jermaine'owi na szyję. Okręcił mnie w koło.
- Będziemy w TV!

Wrzeszczeliśmy, śmialiśmy się, płakaliśmy. Nawet Joseph sie uśmiechał.
Byliśmy podekscytowani, wszystko jak na razie idzie ok, i najprawdopodobniej
będziemy sławni.
Nasze humorki, uspokoiły się po godzinie.
Leżeliśmy na podłodze w salonie śpiewając przeróżne piosenki i szczerząc się.
Nie dowierzałem, udało się.
- Zaraz wracam- rzuciłem, po czym wstałem
i udałem się do mamy, która siedziała w kuchni. Była przygnębiona, zmartwiło
mnie to.
' Nie cieszy się?'
Usiadłem na stołku obok, popatrzyła na
mnie i uśmiechnęła się.
- udało wam się.
- Nie jesteś z nas dumna?
- Oh nie, nie o to chodzi- zaprzeczyła
kręcąc głową- Po prostu to ciężka praca, do tego ty jesteś taki maleńki- ukryła
twarz w dłoniach.
- Mamo, damy radę. Jesteśmy Jacksonami! A
oni nigdy się nie podają- zaśmiała się. Zsunąłem się z krzesła, po czym
usiadłem jej na kolanach- Nie martw się. Wszystko będzie ok, tak?
- Tak- nie była to zbyt przekonująca
odpowiedź.- Cieszę się, wasze marzenia się spełniają.
- Ale się zamartwiasz.
- Bo jesteście moimi dziećmi. Nie wiem, jaki jest świat Show
Biznesu.
- Cudowny! Poznam Dianę Ross, albo Jamesa
Browna- powietrze ze mnie wyszło, jak z piłki, patrzyłem się na mamę, która się
uśmiechała.- Poznam pana Dynamita! Czy to nie cudowna?
- Cudowne, i to bardzo- potarmosiła mnie
po nosie.
***
- Żartujesz z nas prawda? Nie wierze, że wystąpicie w telewizji-
rzucił wesoło Fred, gdy następnego dnia oświadczyłem mu to na jednej z przerw.
- Nie to prawda, sam w to niedowierzam a jednak! Mówiłem, wam, ze
do czegoś dojdę.
- To było tylko kwestią czasu- mruknęła Ginny siadając obok mnie.-
A gdzie to dokładnie jest?
- W Nowym Jorku- uśmiech wpełzł mi na usta.
- A kiedy tam jedziecie?
- Nie wiem, na razie mamy jeszcze dwa konkursy talentów-
wzruszyłem ramionami.- Cześć Sue!- Wykrzyknąłem widząc moją starszą
przyjaciółkę. Uśmiechnęła się, po czym podeszła do mnie.
- Jackie i Tito już się pochwalili- zaśmiałem się.- To prawda?
- No.
- Jaki ty zdolny jesteś.
- A co myślałaś?- Prysnąłem pod nosem, po czym zachichotałem- Sam
w to niedowierzam.
- Staniesz się gwiazdą.
- wspomnę o was.
- Tak, będę twoim managerem- dorzucił Chris.
- Ta...Złóż podanie, rozważę to w najbliższych piędzesięciu
latach- wszyscy nie licząc Chrisa wybuchli śmiechem.- No dobra w ciągu
dwudziestu latach.
- Zawsze jakaś nadzieja- wzruszył ramionami.
- Michael- odwróciłem głowę, podbiegł do mnie Marlon, złapał za
rękaw i odciągnął od znajomych.
- Co robisz?- Zapytałem patrząc na Chris'a i Freda. Wzruszyli
ramionami.
- Jackiego.
- Czyli?
- Chcesz pośmiać się z podrywu roku?
***
Siedziałem z Marlonem za ławką nabijając się z Jackiego, który
podrywał jakąś laskę, na to, ze będzie sławny. Szczerze, może to mój brat, ale
podryw ma słaby. Tyle, że był też drugi minus, ta laska była dziewczyną
jakiegoś tam chłopaka, który jest zapatrzony w siebie.
' Skończy się to guzem'
- Adam da mu w pysk, o ile ona mu nie da- mruknął Marlon.
- Adam może da, ale ona nie. Poleci na TV, mowie ci...Dziewczyny
to lubią.
- Skąd to wiesz?
- Jermaine- odpowiedzieliśmy równocześnie.
- Co ja?- Złapałem się za serce odskakując, za nami pojawił się
Jermaine z uśmiechem. Pociągnęliśmy go za rękaw, zniżył się za ławką.
- Dziewczyny lubią jak faceci są sławni?- Zapytał Marlon.
- Oczywiście, jak mają kasę również. To kobiety- przewróciłem
oczami.
- A co ty ekspert?
- A żebyś wiedział Mike...Co ja tu widzę, Jackie zgrywa Macho, do
dziewczyny Adama. Skończy to się guzem...Od ilu tak się zabawia.
- Od dwudziestu minut- zachichotał.
- Co wy na to, żeby zrobić mu mały kawał?
- Jaki? Nie mam pomysłu, z resztą zleje nas za to.
- Ale było by śmiesznie.
- Wystarczająco śmiesznie jest patrzeć na niego. Nadałby się na
clowna- odparł Marlon, Zaśmiałem się, jednak uśmiech znikł mi z ust, gdy
zobaczyłem jak w naszą stronę podąża Adam.
- Szykują się kłopoty.
- Ty Johnson! Odpieprz się od mojej laski.
- Wkraczamy.
- Cześć Adam- zaczął Jermaine- Jak leci.
- Było dobrze, to póki ten kretyn nie zarywał do MOJEJ LASKI!
- Wybacz mu, czasem mu odwala.
- Mam to gdzieś.
- Nie wtrącajcie się- warknął Jackie.- Czego chcesz?
- Odpierdol się od mojej laski.
- Nie jestem twoją laską.
- Jesteś- przewróciłem oczami.
- Spadaj- pocałowała Jackiego w policzek, po czym sobie poszła.
Jasne, narobiła zamieszania a teraz się zmywa. Spojrzałem na Jackiego, mordował
się z Adamem wzrokiem.
- Dzisiaj na boisku od koszykówki o szesnastej- dorzucił i sobie
poszedł.
- Szukaj drużyny geniuszu, bo przegrasz!- Wykrzyknął pewnie
Jackie.
- Zapowiada się mecz stulecia- mruknął Jermaine nagle interesując
się swoimi paznokciami.
- Co ma mecz koszykówki, do tego czyją dziewczyną ona jest
- Podstawowa zasada, ten, kto wygra mecz, dostaje numer do laski,
o jaką było zamieszanie- pokręciłem głową, po czym wstałem i pobiegłem przed
siebie.
***
Oczywiście w drużynie Jackie'go musieliśmy się znaleźć my.
Wiedziałem, ze przegramy i zrobimy z siebie pośmiewisko, ale nie chciałem ranić
Jackie'go. Naprawdę wierzył, ze nam się uda.
- Wygramy- rzucił, jakby sam siebie chciał o tym przekonać.
- Raczej skończymy z siniakami- mruknął Marlon. Pokiwałem głową.
Jak mieliśmy dać radę osiemnastoletnim napakowanym facetom?
To czysta śmierć.
Moje wewnętrzne tchórzostwo, w postaci małego szczura uciekłoby
gdzie pieprz rośnie, ale jakoś stałem na boisku, czekając na porządne lanie.
Gdy wreszcie się pojawili głupio się uśmiechali. Chciałem dać mu w
łeb, co za pewniaczek.
Popatrzyłem dokoła, zebrała się spora grupa gapiów.
Na szczęście wśród nich pojawili się nasi przyjaciele, który mieli
koszulki z napisami The Jacksons, i uśmiechali się pewnie. Podbiegłem do
Chrisa.
- Przegramy.
- Tak, skończycie z guzami.
- Może kopniak na szczęście?- Zagadnęła Ginny.
- ja-urwałem, gdy zobaczyłem jak naszych wrogów podbiega jakaś
blondynka. Była ubrana w biała bluzę, niebieskie krótkie szorty, białe trampki
za kostkę, oraz na głowie miała
full cap - Kto to? Nie znam jej?
- Bo ona nie jest z stąd- dodała Ginny.- Znałabym ją.
- Ja mieszkam tu dłużej- mruknąłem nie spuszczając z niej wzroku.
Dziewczyna westchnęła i spojrzała na mnie. Popatrzyła na Adama, po czym ruszyła
w moją stronę.
- To z twoim bratem będzie grał ten kretyn?- Pokiwałem głową.-
Cholera. Nie mogliście sobie darować?- warknęła- Muszę tu siedzieć- dodała.
- Ja...Ja- zająkałem się.- Kto to jest dla ciebie?
- Adam?- Skinąłem.- Kuzyn, ciągle pakuje się w kłopoty.
Przyjechałam do niego na jeden miesiąc...Już żałuje.
- Jestem Michael- wypaliłem. Usłyszałem jak Chris, Fred i Ginny chichocą.
Na jej twarzy pojawił się delikatny uśmiech.
- Michelle, ale wszyscy mówią mi Mia.
- Dlaczego?
- Bo nie przepadam za swoim imieniem- wyjaśniała- No nic, uciekam,
bo jeszcze powie, ze stoję po stronie wroga...Przy okazji..- Nachyliła się-
Dajcie mu popalić- zaśmiałem się. Znowu zrobiła minę obrażonej dziewczyny, po
czym wróciła do swojego kuzyna, i usiadła na ławce.
- Wygracie.
Ha, po godzinie meczu pokazaliśmy tym kretynom, kim są Jacksonowie.
Może miałem masę siniaków, i masę razy oberwałem, ale aż trzy razy dorzuciłem
do kosza. Jak na mój wzrost to ogromny wyczyn.
Do tego czułem na sobie spojrzenie Miche...Mii. Niby gra ją nie
interesowała, ale gdy trafialiśmy do kosza, uśmiechała się.
Była bardzo ładna, miała błękitne oczy, lekko zarysowany nos, dość
jasną karnację, o małe usta o odcieniu maliny. Była dość niska, musiała być w
moim wieku.
- Wygraliście!- Wykrzyknęła Ginny rzucając się mi na szyje.
- Daliście popalić- dodał wesoło Fred.
- Z Jacksonami się nie zadziera- mruknął Jackie- Prawda kotku-
dodał patrząc na jego nową dziewczynę.
- Oczywiście- pocałowała go, po czym popatrzyli na wkurzonego
Adama.
- Oszukiwaliście- podszedł do nas.
- Pokonała cię piątka karłów - oświadczyłem- Sam powiedziałeś, że
jesteśmy tacy niscy, że do stołu nie dosiągamy.
- Ale.
- Adam przestań- koło nas pojawiła sie Mia- Wygrali, a teraz
spadajmy.
- Nie rozkazuj mi.
- Masz trzy sekundy by zabrać tyłek!
- Bo co?
- Bo powiem twojej mamie, ze przestałeś być prawiczkiem wieku
czternastu lat!- Wybuchliśmy śmiechem- Albo, ze masz masę pornosów pochowanych
po szafkach, i że masz świerszczyki.
- Ty mały krasnalu- uśmiechnęła się.
- Czekam tam- dodała wskazując na ogromne drzewo- Skończ to
poniżanie się, bierz tyłek w troki i idziemy.
- Te haczyki nic ci nie dają.
- Ale twoje śpiewanie z szczotką klozetową na nagraniu da-
pociągnął ją za rękę wychodząc z parku, wybuchłem śmiechem. Mia miała
charakterek i umiała rządzić.
- Ta dziewczyna to prawdziwa...
- Powiedz foczka a nadepnę ci na stopę- Jermaine poczochrał
mnie po włosach, po czym wybuchł śmiechem.
- Wracajmy do domu.
I'll Be There powraca, będę starała się dodawać co chwila coś z tej serii, już chce I wanna Be where you are, a zostało jeszcze trochę notek.
Druga sprawa, chcecie by po ostatnim rozdziale I'll Be There, pojawił się epilog czy od razu pierwsza część drugiej serii?
Co do Mii, teraz była trochę po stronie Jacksonów, ale mam pewne plany co do niej XD
Przepraszam za błędy
Pozdrawiam





