Siedziałem na łóżku oglądając Jamesa Browna. Mojego idola. Obiecałem sobie, że kiedyś też będę tak tańczył, a jak ja coś obiecam to zawsze dotrzymuje słowa.
Byłem trochę zaskoczony, że chłopaki nie chcą oglądać TV, zawsze siadaliśmy razem, a teraz rzucili jakąś marną wymówkę i myślą, że im uwierzę, ze odrabiają lekcje. Ich niedoczekanie, nie jestem aż taki naiwny i głupi. W pokoju, którym byli grała muzyka, więc postanowiłem tam zajrzeć. Po cichu zszedłem z łóżka, po czym udałem się w stronę pokoju. Delikatnie uchyliłem drzwi patrząc przez szparę. Na łóżku siedział Tito. Zakryłem usta dłonią. Trzymał gitarę taty, a każdy wie, że to jest ' święty przedmiot' i jeśli on się dowie zostaniemy takie lanie, że tydzień na tyłku nie siądziemy. Jednak musiałem przyznać jedno. Tito ma talent, jeśli chodzi o granie na gitarze. ' Ma to po tacie'.
Każdy, kto spotka Tito, powie, że to wykapany ojciec. Sam się zgodzę z tą tezą. Opierałem się o drzwi, gdy nagle się uchyliły, a ja poleciałem na podłogę. Podniosłem głowę i zobaczyłem, Jermaine'a z założonymi na klatce piersiowej rękoma.
- Mam cię ty mały podsłuchiwaczu.
- Ale Jermaine.. Ja nic nie chciałem zrobić- odparłem wstając z ziemi i otrzepując kolana.- Chce posłuchać jak gracie, czy to coś złego.
- Jesteś za mały.
- Tak a Marlon może tam siedzieć. A jest o rok tylko starszy!- Wykrzyknąłem oburzony.
- No dobra, ale pod jednym warunkiem.
- Spokojnie zamknę swoją piękną buźkę na kłódkę- uśmiechnąłem się szeroko.
- Wchodź.
Wbiegłem do pokoju, po czym usiadłem obok Tita. Tito zaczął grać jakieś dźwięki, a ja nawet nie wiem, kiedy zacząłem nucić jedna z moich ukochanych piosenek James'a Brown'a I Got The Feeling.
: I GOT THE FEELIN'.
BABY, BABY, I GOT THE FEELIN'.
YOU DON'T KNOW WHAT YOU DO TO ME.
PEOPLE'S HEARTS HEAVY DOWN IN MISERY.
HEY, HEY, HONEY OW. OOH, HEY, OW,
GOT THE FEELIN' ALL RIGHT.
BABY BABY BABY, BABY BABY BABY,
BABY BABY BABY, BABY BABY.
I GOT THE FEELIN', BABY, BABY,
SOMETIMES I'M UP, SOMETIMES I'M DOWN.
MY HEART AND ARMS ALL AROUND TOWN
ARE LEVEL WITH THE GROUND.
BABY, I SAID LEVEL WITH THE GROUND.
HEY, BABY, YOU TREAT ME,
YOU TREAT ME BAD,
OH, NO, I KNOW
THOUGH YOU DON'T MEAN IT NOW,
SOMETIMES I ROAM
BUT I'LL BE COMING BACK HOME.
SOMETIMES I SEE MY FEET FLY,
I JUST DON'T WANT YOU TO SAY, 'BYE BYE'.
HEY, HEY, HONEY OW.
OOH, HEY, OW, GOT THE FEELIN' ALL RIGHT.
BABY BABY BABY, BABY BABY BABY,
BABY BABY BABY, BABY BABY.
COME ON NOW, COME ON NOW, COME ON NOW.
- Yeah!- Krzyknąłem kończąc nasze małe przedstawienie.
- Nie wiedziałem, że mamy takiego utalentowanego braciszka- odparł Jackie, czochrając mi włosy.
- Jeszcze raz tak zrobisz, a walne cię z poduszki- odparłem, w grobową powagą. Jednak po chwili wszyscy wybuchliśmy śmiechem.
- Jestem ciekaw jak to jest stać na estradzie- odparł Marlon.
- Wszystkie światła padając na ciebie, przed tobą jest ocean ludzi, wszyscy skandują twoje imię, a po chwili porywa cię melodia, i zaczynasz tańczyć jak James Brown- odparłem robiąc piruet, wziąłem miotłem i odparłem: Otwierasz oczy, a ludzie piszczą, i szaleją razem z tobą.
- Mały ma wyobraźnie- zaśmiał się Jackie.
- Taka prawda. Jak będę starszy i będę sławny będę tańczył jak James Brown i Jackie Wilson!
- To marzenia. To się nie spełni Mike.
- Czy zawsze musicie, psuć moje marzenia? Ja wierzę, że uda mi się osiągnąć ten cel. Stanę się najlepszym piosenkarzem, tancerzem, kompozytorem na świecie. Jeszcze wam to pokażę.
- Michael nie rób sobie nadziei.
- A ty sobie rób nadzieję, że nie dam ci w łeb, jeśli się nie zamkniesz- odparłem, po czym wybiegłem z pokoju. Otworzyłem drzwi i wybiegłem na zewnątrz. Przysiadłem na schodku, po czym po prostu się rozpłakałem.
Jak oni nie chcą wierzyć, to proszę bardzo, ale niech nie przebijają mojej bańki z nadzieją. Ja wierze
w marzenia i w moc ich spełniania. Każdy ma prawo marzyć. Przecież to nie jest zakazane.
Spuściłem głowę, zastanawiając się nad wszystkim, gdy nagle usłyszałem czyjś śmiech. Podniosłem głowę, po czym wierzchołkiem dłoni wytarłem oczy, by polepszył mi się wzrok. Wtem zobaczyłem małą dziewczynkę. Jej piłka wypadła na drogę, spojrzałem w bok, w jej stronę jechał samochód. Wybiegła na drogę, i schyliła się po piłeczkę. Nim się zorientowałem, co robię, zerwałem się z schodów, po czym podbiegłem. Złapałem ja za rękę, po czym pociągnąłem na chodnik. Samochód przejechał, a ona stała cała na chodniku nie rozumiejąc, co się takiego wydarzyło. Popatrzyła na mnie swoimi piwnymi oczkami. Popatrzyłem na drugą stronę ulicy, przez drogę przebiegła jej mama.
- Boże Kate, co ty wyprawiasz, co?- Wzięła ją na ręce.
- Poszłam po piłeczkę- odparła smutno.
- Dziękuje ci. Nie wiem... Jak mogę ci się odwdzięczyć- zwróciła się do mnie.
- Niech pani nie dziękuje. Zrobiłem to, co trzeba. Każdy postąpiłby tak samo.
- uwierz, że nie postąpiłby tak. Ile masz lat?
- siedem- odparłem chowając ręce do kieszeni.
- taki mały, a taki odważny. Dziękuje ci jeszcze raz..- Mówiła zapłakana.
- Jak się nazywas?- Zapytała dziewczynka. Uśmiechnąłem się i rzuciłem:
- Michael a ty słońce nazywasz się Kate prawda?
- Tak i mam trzy latka- odparła pokazując na ręce. Zaśmiałem się. Była taka urocza.
- Taka maleńka dziewczynka,..
- jestem ładna?- Zapytała a mnie zamurowało.
- Kate- upominała ją mama. Kate wzruszyła Ramionami.
- Jesteś prześliczna.
- Spotkamy się jeszcze?
- Może dziś w parku o 15- tej. Wtedy mam iść tam z braćmi- odparłem z uśmiechem.
- Dobrze będę czekać. A będziesz moim księciem z bajki?
- A Chcesz?
- Nom.
- Będę o ile ty będziesz moją księżniczką.
- Mamo zostałam księżniczką- zapiszczała. Wybuchłem śmiechem. Z resztą jej mama też. Wtedy usłyszałem dobrze znany mi głos.
- Michael, co ty tu robisz?- Koło mnie pojawiła się moja mama.
- To pani syn?- Spytała mama Kate.
- tak, stało się coś.
- Pani syn uratował życie mojej córce- mama spojrzała na mnie niedowierzająco.
- Naprawdę?
- Miej więcej.
- I został moim księciem- pochwaliła się.- Lubie go.
- Nawet mnie nie znasz.
- Wolę tego nie robić, bo okażesz się nieznośny jak Brad.
- kto to Brad.
- Taki idiota. Myśli, że mi się podoba- odparła, a ja zacząłem chichotać- idiota z niego. Coś mu na dekiel siadło.
- Kate skąd znasz takie słowa?
- Od cioci- oświadczyła dziewczynka- Powiedziała, też, że wujek to zapyziały zgred. I, żeby poszedł na drzewo pompować kokosy, ale nie wiem, co to znaczy.- W jej ustach brzmiało to tak komicznie, że zacząłem śmiać się jak wariat- Buraku nie śmiej się ze mnie.
- teraz burak a co z księciem.
- książę buraków, coś nie pasuje?
- Masz gadane.
- No wiem mam to po mamie.
- a po kim masz urodę?
- Po ni..- Ugryzła się w język. Uśmiechnęła się do mamusi i mruknęła- po mamusi.
- Dobrze, ty mała uciekinierko. Pożegnaj się.
- Już?
- Spotkamy się w parku o 15-stej- pogłaskałem ją po włosach.- Pa Kate, Do widzenia.
- Do widzenia.
Gdy Kate z mamą odeszły, spojrzałem na mamę.
- No co?
- Mój bohater, patrz, co ci kupiłam- odparła a za pleców wyciągnęła fioletowy kapelusz.
- Jest piękny!
- Chodź do domu, bohaterze.
***
Kilka dni później.
Z Kate widziałem się tylko raz, bo okazało się, że nie mieszkają w Gary i wyjechała. Ta mała dziewczynka była najbardziej zaskakującą ' kobietą’, jaką kiedykolwiek poznałem. Oczywiście gadałem tylko o niej i teraz brakowało mi jej gadania ' mój książę buraków' ona jest moją ' księżniczka niezdarą'. Siedziałem na parapecie, patrząc na niebo. Zastanawiałem się, co robi. Dlaczego jedyna dziewczyna, z którą mógłbym się zakolegować musiała wyjechać? Może ma trzy lata, ale ma strasznie cięty język.
Co do chłopaków, nie mam do nich żalu, bo dzięki temu poznałem Katie. Siedzieliśmy teraz w salonie, gdy do domu wrócił tato.
- Patrzcie, co mam- pomachał nam torbą z lukrowanymi pączkami.
- Ja chce.
- Nie, bo ja.
Zerwaliśmy się z miejsca i do niego podbiegliśmy.
- Spokojnie każdy zostanie- odparła mama z uśmiechem. Dostałem swojego poczeka i rzuciłem:
- Pychotka.
Po 15-stu minutach torba została pusta. Ja i moi bracia mamy taki apetyt, że umiemy zjeść nawet dwie torby. Naprawdę. Możemy jeść bez końca. Siedzieliśmy teraz na kanapie, rozłożeni oglądając TV.
- Co wy robicie?
- Odpoczywamy. Jesteśmy zmęczeni- odparł Tito.
- No tak, zapominałam, ze jedzenie pączków to takie męczące zajęcie- powiedziała mama z ironią.- Joseph idziesz z chłopakami do parku.
- Dlaczego?
- Bo tak. Nie będą leżeć do góry brzuchami...
- Nie możesz iść ty?
- A ty możesz nie marudzić. W twoim stanie ruch jest wskazany- dogryzła mu mama.
- Robi się ostro- odparł Marlon szczerząc zęby.
- sama z nimi idziesz.
- Liczę do trzech. Podnieść ten wielki zad i marsz z nimi do parku!- Rozkazała. Tato niechętnie wstał, po czym rzucił:
- Idziemy.
***
Siedzieliśmy na karuzeli w parku. Tato siedział na ławce i rozmawiał z jego przyjacielem, który też przyszedł z swoim synem Jack'iem.
- Nigdy bym nie przypuszczał, że tato tak szybko się ugnie- odparłem.
- Pierwsza zasada, której nauczył mnie tato. NIGDY NIE SPRZECIWIAJ SIĘ KOBIECIE. Potrafią być nieugięte i zawsze mają rację- odparł Jack.
- Nie wiem co dorośli w nich widzą- odparł Jermaine- Jak można całować się z kobietą.
- Fuuuuuujj- wstrząsnąłem się.- Nie wiem. Wolę na razie nie próbować.
- co jest w tym fajnego?- Zapytał Jack.
- Nie wiem, ale sprawdzę- odparł Marlon- Widzicie tą nastolatkę? Poproszę ją najpierw o pocałunek w policzek, a potem w usta.
- jesteś chory- odparłem.
Przyglądałem się się tej scenie z uśmiechem. To było cudowne jak go pogoniła. Wrócił z naburmuszoną miną.
- Marlon... Patrz na mistrza w akcji- odparłem. Wstałem, lecz nie podszedłem od razu do niej. Pomyślałem o czymś smutnym, że do oczu napłynęły mi łzy, po czym zacząłem się rozglądać. Podszedłem bliżej jej ławki udając, że szukam swojej mamy. Dziewczynę to zainteresowało.
- stało się coś?
- Nie widziałaś może takiej pani w sukience w kwiatki.
- A co zgubiłeś mamę?
Pokiwałem głowę a po moich policzkach popłynęły łzy.
- Na pewno się odnajdzie. Pomogę ci jej szukać.
- taka ładna dziewczyna>
- jesteś taki słodki- uśmiechnąłem się nieśmiało, mrugając powiekami. Rozczuliło to ją- Chodź- wzięła mnie na kolana- Jakiś ty słodki i uroczy.
- A przystojny.
- Oczywiście, aż dam ci buziaczka- pocałowała mnie w policzek. Usłyszałem głos Marlona' jak on to zrobił?'
- Mogę wiedzieć jak się nazywasz?- Zapytałem z uśmiechem. ' Jej mój pierwszy podryw okazał się sukcesem. Normalnie podryw roku!'
- Susie, a ty?
- Michael... Tata!
- Gdzie?
- Tam.. Będzie wiedział gdzie jest mama- ucieszyłem się.
- Widzisz, to uciekaj- pocałowała mnie w oba policzki, po czym wypuściła ze swoich obcięć. Pomachałem jej, po czym podbiegłem do taty, gdyż zbieraliśmy się do domu.
- Jak tyś to zrobił.
- Mam urok osobisty. I wiem jak z niego korzystać- odparłem idąc przodem.
***
Kilka tygodni później, wieczorem usłyszałem płacz. Przetarłem zaspane oczy, po czym rozejrzałem się dokoła. Dziś rano stało się coś strasznego. Podczas próby chłopaków pękła jedna ze strun gitary taty. Z strachem odłożyliśmy ją do szafy w nadziei, że pomyśli, że sama się zepsuła.
' Nadzieja matką głupich'- odparła podświadomość.
' Lepiej mieć głupią matkę niż być sierota'- mruknąłem.
Powoli udałem się do pokoju. Jednak nie zszedłem do środka. Wtedy rozniósł się gruby, ostry głos.
- Michael!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz