czwartek, 10 września 2015

Section 3



Obudziłem się późnym wieczorem, przetarłem zaspane oczy i skrzywiłem się słysząc płacz. Rozejrzałem się dokoła, czekając aż wzrok przyzwyczai się, co ciemności. Zaskoczył mnie jednak fakt, że nikogo nie ma w pokoju.
' Gdzie oni się podziali?'
Zrzuciłem z siebie kołdrę i pomału zszedłem z łóżka, po czym skierowałem się w stronę pokoju zwanego salonem, gdzie mamy większość mebli. Paliło się tam światło. Nie wszedłem do pokoju. Coś kazało mi się zatrzymać i podpowiadałbym uciekał jak najdalej stąd. A płacz Tita, dochodzący z stamtąd przekonywał mnie, ze rozum dobrze mi podpowiada. Chciałem się cofnąć, lecz wtedy rozniósł się gruby, ostry głos.
- Michael!
Przełknąłem głośno ślinę. To głos mojego ojca, a po tonie mogłem rozpoznać, że jest nieźle wkurzony.
- Joseph nie budź go- wyszeptała cicho mama.
- Ma tu przyjść. Powtórzę jedną sprawę po raz ostatni.
Wypuściłem powietrze z ust, po czym udałem się do pokoju z uniesioną głową. Tito leżał na łóżku zapłakany a chłopacy siedzieli w kącie. A Joseph? Stał na środku z pasem w ręku. Poczułem jak nogi robią mi się jak z ołowiu. Szybko usiadłem koło La Toyi nie odżywając się ani słowem. Strasznie się bałem Josepha. Serce waliło mi ze zdwojoną prędkością, i ciężko mi się oddychało. Patrzył na mnie morderczym spojrzeniem, którego nienawidziłem.
- Nie mieszaj się do tego dobrze?- Wyszeptała mi La Toya na ucho. Skinąłem głową, ale już otwierałem usta by coś dodać, gdy: - Dla twojego dobra.
To wystarczyło. Siedziałem skulony na łóżku zerkajac na wkurzonego Josepha.
- Powiem to jeszcze raz. Nie macie prawa dotykać mojej gitary zrozumiano? Czy wam się to podoba czy nie! I tak powinniście cieszyć się, ze pozwalam was słuchać prób naszego zespołu. Nikt nie ma prawa jej dotykać, gdy mnie nie będzie..Tyczy się to wszystkich.
- Powiedziałeś, ze jak ciebie nie będzie to jak będziesz to będziemy mogli?- Zapytał z nadzieją Jermaine. Chciałem dać mu w tej chwili w łeb.
- Nie!- warknął- Bo to nie zabawka, a wy ją tak traktujecie.
- Nie zrobiliśmy tego specjalnie- wtrącił nieśmiało Joseph.- Na prawdę.- Ojciec dokładniej mu się przyjrzał, po czym wyszedł z pokoju. Westchnąłem zamykając oczy, gdy usłyszałem jak wraca.
- Dobrze...Pokaż, co potrafisz.
Tito niepewnie sięgnął po gitarę, nie spuszczając wzroku z ojca. Opanował nerwy i zagrał kilka rytmów, których sam się nauczył. Spojrzałem na tatę. Tego się nie spodziewał. Spojrzałem na braci, który nieśmiało zaczęli śpiewać. Też chciałem, ale bałem się, co powie na to Joseph.
 Patrzył na nich z niedowierzaniem. Najbardziej zaintrygowało to, jak Tito dobrze gra, zawsze był podobny do taty. Gdy Tito skończył, odezwała się mama.
- Czy oni nie są cudowni? Mają dar...Moi zdolni artyści..- Chwaliła nas z entuzjazmem. Poczułem jak pieką mnie policzki...Pomimo iż mama nigdy nie widziała jak śpiewam.
Dla taty stało się jasne, ze ani Tito, ani my nie obchodziliśmy się z jego gitarą jak z zabawką.- Musisz ich przesłuchać- dodała. Ojciec miał nieodgadnięty wyraz twarzy, po czym spojrzał na mnie. Poczułem się nieswojo. Nie lubiłem, gdy tak na mnie patrzył.

Po chwili reszta wróciła do łóżek, a ja nie mogłem. Coraz częściej zadaje sobie pytania czy chłopacy nie mieli racji. Ja piosenkarzem i tancerzem? Do tego najlepszym na świecie? Do tego ja miałbym odmienić świat? I równać się z Jamesem Brownem? To będzie cud jak nie skończę na bezrobociu.
Usłyszałem kroki, więc odwróciłem głowę i zobaczyłem mamę.
- Już późno powinieneś iść spać.
- tak..Już idę- wyszeptałem smutno.
- Michael, co jest?

- Nie umiem spać.
- Chodź- szybko usiadłem jej na kolanach-, Co się dzieje kochanie?
- Chłopcy mają rację...Nigdy nie będę jak James Brown prawda?
- To prawda. James Brown jest jedyny w swoim rodzaju i ty też jesteś...Ty będziesz miliard razy lepszy wiesz- prysnąłem pod nosem, a do oczu napłynęły mi łzy.
- Ja? Takie beztalencie? Nigdy nie znajdę roboty i będę siedział na bezrobociu- mama zaśmiała się- Taka jest prawda..Będę bankrutem..Oo albo będę pchał wózek po ulicach- dodałem, i poczułem jak po moich policzkach spływają łzy. Wtuliłem się w mamę.
- Kochanie, co ty wygadujesz?
- Prawdę- pociągnąłem nosem- Niby, czemu miałoby mi się udać.
- Co z twoimi marzeniami?- Spytała głaszcząc mnie po włosach.
- Marzenia się nie spełniają.
- Bredzisz- zaśmiałem się przez łzy- Kochanie...żeby coś osiągnąć...Trzeba ciężko pracować na to...Ale marzenia się spełniają...Jesteś jeszcze mały...Nie myśl o tym.
- Ale chciałbym być sławny.
- Sława nie jest wcale taka fajna jak się wydaje- oświadczyła.- Zobaczysz kiedyś będziesz cudownym piosenkarzem i tancerzem. Odmienisz świat.
Popatrzyłem na nią z nadzieją.
- Mówisz?
- Obiecuje ci to kochanie- pocałowała mnie w czoło.
- Kocham cię mamusiu...A zaśpiewasz mi?
- A co byś chciał?

- Ain't No Sunshine...

- Ain't no sunshine when she's gone
It's not warm when she's away.
Ain't no sunshine when she's gone
And she's always gone too long anytime she goes away.

Wonder this time where she's gone,
Wonder if she's gone to stay
Ain't no sunshine when she's gone
And this house just ain't no home anytime she goes away...
Poczułem jak powieki robią się coraz to ciężiejsze. Wtuliłem się w nią, a po chwili nie wiedziałem, co się dzieje..Po prostu odpłynąłem.
***
Szykowałem się z mamą do świątyni. Miała iść z nami La Toy'a i Rebbie... A i koleżanka mamy Pani Megan. Ubrałem biała koszulę, czarne spodnie i czarny sweterek.
- Mike jesteś gotowy?
- Tak mamo- podbiegłem do niej- Gdzie dziewczyny?
- Przed domem z panią Megan. Chodź.

Gdy dziewczyny szły wraz z córkami Megan ( Patty i Kate) Och to imię wywołuje uśmiech na moich ustach.
Ja natomiast szedłem grzecznie z mamą za rękę słuchając opowieści pani Megan.
- Mamo?- Zagadnąłem. Spojrzała na mnie.
- Tak synku.
- Dziś zespól taty będzie miał próbę..
- No tak..
- Mogę posłuchać.

- Mike to będzie dość późno.- Westchnąłem.
- A odpowiedz mi..Ty się z tatą' złączyłaś' w szkole- skinęła głową- ale przez powiedziałaś, ze przebyłaś chorobę Hei..Hein..
- Heinego Medina. Tak to prawda. Wiesz..Na początku chodziłam do szkoły, ale gdy zrozumiałam, że już nie dam rady zrezygnowałam.
- To, dlatego tak ważne były dla ciebie szczepienia- pokiwała głową- Ale musisz mieć dużo nieobecności i zaległości.
- Wiem-, westchnęła.
- Jesteś zła, ze musiałaś przebyć tą chorobę?
- Nie, bo gdy połowa ludzi umierała na nią ja wyzdrowiałam. To dar od boga. Pamiętaj Michael w nim zawsze znajdziesz oparcie.
- Ale nigdzie go nie widzę- zaśmiała się.
- bóg jest w wszędzie. Zawsze ci pomoże. Dzięki niemu mam was...
- Bóg to fajna osoba- oświadczyłem z uśmiechem.- Będę pamiętał.
- Jesteśmy na miejscu- oświadczyła La Toya.
***
Wrzesień 1965:
Podczas gdy chłopacy omawiali coś z Josephem, ja siedziałem w pokoju. The Jackson Four...The Jackson Brothers...Co ze mną? Przecież też umiem śpiewać? Czy to znaczy, ze oni będą sławni a ja nie?
Postanowiłem pościelić swoje łóżko...Może będę mógł pomóc mojej mamie. Jednak, gdy usłyszałem muzykę z radia...Nie wytrzymałem muzyka mnie porwała...I zacząłem śpiewać wraz z Jackie'm Wilsonem piosenkę ' Lonely teardrops'
Byłem tak zajęty wywijaniem tyłkiem i wyciem, że nawet nie zauważyłem mamy stojącej w progu z uśmiechem.
- Mama!- Wykrzyknąłem, uśmiechając się nerwowo. Zaczęła klaskać.
- Masz talent.
- Pss...wcale, ze nie- usiadłem na łóżku- To Jermaine go ma...Dlatego jest głównym wokalistą.
- Michael jesteś jeszcze dzieckiem- powiedziała troskliwie.
- Mam siedem lat! Idzie mi ósmy rok!- Oświadczyłem nerwowo.- Nie jestem już taki mały.
- Och Michael- zaśmiała się.- Nie wybije ci tego z główki.
- Zapomnij.
- Pogadam z Josephem jak chcesz- uśmiechnąłem się szeroko i rzuciłem jej na szyję- Udusisz mnie.
- kocham cię- pocałowałem jej policzek- Jesteś cudowna.
- To ty jesteś cudowny...Nie widziałam sześciolatka, który by tak tańczył.
- Uczę się od mojego mentora.
- Och James Brown będzie ci kiedyś oddawał ukłony.
- Przestań...On jest królem.
- Ty też będziesz.
- Jasnowidz- zaśmialiśmy się.
- Jesteś za bardzo rozgadany.
- Mogę się zamknąć.
- Idę robić ten obiad...
- Mogę ci pomóc?
- Śpiewa, tańczy, ścieli łóżka, myje podłogi i chce jeszcze gotować?
- Coś trzeba w życiu robić, co nie?
- Gdyby Tak reszta chciała mi pomagać.
- To stare lenie...Po osiągnięciu wieku dziesięciu lat wchodzi się w tak zwany stan leniwca..
- Kochanie...Ja nie wiem..
- Nic nie biorę..Przysięgam- Mama rozbawiona pokręciła głową.
- A wiesz, ze ten stan leniwca jest strasznie zaraźliwy.
- Tak?
- Tak...Choruje na niego połowa społeczeństwa...Np. nas sąsiad- mama wybuchła śmiechem, podczas gdy ja usiadłem na krześle.- Ja nie zamierzam wpaść w ten stan.
- Ty wolisz być pracoholikiem.
- Chociaż będę miał fajny tyłek nie to, co Tito...Ale nie mów mu nic...Ale dieta by mu nie zaszkodziła.
- Michael, Michael, co ja z tobą mam.
- Kabaret...Nie musisz przypłacać.
- Ręce się załamują.
- Wiesz, co zostanę aktorem.
- To chcesz być piosenkarzem, tancerzem czy aktorem?
- Wszystkim na raz...I chce być kompozytorem, i chce pomagać, i...Chce być pisarzem..I...
- I pokrój marchewkę, ale nie skalecz się.
- Tak jest..No wiec...Kiedyś, gdy będę starszy będę najsławniejszą gwiazdą na świecie.
- Michael, wiesz... Ze im bardziej jest się sławnym tym miej ma się życia prywatnego- oparłem się o rękę.
- Też fakt. To chce być sławny...Ale nie za sławny...99% Na 100- mama pokręciła głową.- Ciekawe jak to jest...Przed tobą morze ludzi a ty śpiewasz...Och...
- Wiesz większość chłopców marzy o jakieś ładnej dziewczynie...A  ty..
- Mamo...Mam sześć lat jak sama zauważyłaś...Nie zamierzam nawijać o tyłku Mary Rose.
- Kogo?- Wzruszyłem ramionami.
- Jermaine i Jackie gadali o niej w nocy, ze ma genialny tyłek i coś tam jeszcze.
- Ja sobie z nimi pogadam.
- Ale nie wiesz tego ode mnie.
- Dobrze...Pokaż jak ci idzie...No no...Kucharzem też byś mógł być.
- O matko i jak tu wybrać jakiś zawód...Chyba jednak zostanę na bezrobociu...
- Michael nie załamuj mnie psychicznie.
- Spokojnie będziesz mieć mnie na karku tylko do trzydziestki...No może trzydzieści pięć..Chyba, że się ożenię... To inna sprawa.
-Ty już o małżeństwie myślisz.
- Tylko tak gadam...

PÓŁ GODZINY PÓŹNIEJ;

Zasiedliśmy wszyscy do obiadu. Obserwowałem bacznie Josepha, co nie uciekło jego uwadze. Zastanawiałem się, dlaczego jest taki surowy. 
- Tato- zacząłem.
- Nie mów do mnie tato...Tylko Joseph- poczułem się tak jakby ktoś wbił mi sztylet prosto w serce. Do oczu napłynęły mi łzy.
- Joseph...A..O czym gadaliście?
- O sprawach zespołu.
- Jak już o tym mowa- mama spojrzała na mnie z uśmiechem- Musiałbyś przesłuchać Michaela.
- Nie ma mowy.
- Dlaczego?- Zapytałem zawiedziony.
- To Jermaine jest głównym wokalistą.
- Ale ja też umiem śpiewać.
- Powiedziałem ci coś.
- Nigdy nie liczysz się z moim zdaniem!
- Uspokójcie się- powiedziała nerwowo mama, widząc jak Joseph zaciska ręce w pięści.
- Nie jestem głody- oświadczyłem odsuwając krzesło i wstając od stołu.
- Masz tu wrócić- warknął.
- Zapomnij- zerwał się. Pobiegłem w stronę pokoju. Niestety zdążył mnie złapać za sweter- Puść mnie!
- Pożałujesz tego, ze pyskujesz!
- Powiedziałem to, co czuje...Dlaczego nie chcesz mnie posłuchać?..Dlaczego nie chcesz dać mi szansy?
- Nie podnoś głosu!
- Nienawidzę cie!

Siedziałem skulony przy ścianie. Moja ' pogadanka' z Josephem skończyła się tym, że oberwałem sznurem od żelazka. Nie miałem siły nawet płakać. Mama błagałaby przestał, ale on nie chciał. Nie rozumiałem go. Powiedziałem mu tylko, co czuje.
Chciałem wstać, lecz nadal czułem okropny ból.
' Będzie kolejna pamiątka'
Westchnąłem ukrywając twarz w dłoniach.
- Michael kochanie- podniosłem głowę i zobaczyłem mamę. Była zapłakana. Ostatkiem sił wstałem i podszedłem do niej.
- Nie płacz mamusiu...Nic mi nie jest.
- Właśnie, ze jest...Powinnam coś zrobić.
- Chciałaś...Nie obwiniaj się...No już...Nie masz płakać- zaśmiała się- Masz być silna...Patrz ja nie płaczę.
- Kocham cię.
- Ja ciebie też. I to nigdy się nie zmieni... A teraz przestań płakać, bo się obrazę.
- Dobrze...Chodź- przytuliła mnie. Skrzywiłem się, bo poczułem okropny ból. Jednak, gdy mama odciągnęła mnie od siebie wysłałem jej uśmiech. Dość sztuczny uśmiech.
- Idę do chłopaków- dodałem, czując, że jestem bliski załamania.- Kocham cię...Nie martw się.
- Zawsze się będę martwic.
- Jestem silny...Nigdy się nie poddam...Co kolwiek się stanie...będę walczył do samego końca.

"Tyl­ko ludzie, w których jest siła wal­ki, są zdol­ni przet­rwać i osiągnąć swój cel. "

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz